Sobota, 20 Października 2018 - Ireny, Kleopatry, Jana

Baby nie są takie beznadziejne!

ANNA DZIEWIT-MELLER napisała książkę pt. „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy”. Z okazji Roku Praw Kobiet opowiedziała o historii Polski z perspektywy płci pięknej. O niełatwej sytuacji kobiet jeszcze 100 lat temu, ale także ich odwadze i przecieraniu nowych szlaków. Spotkanie z pisarką zorganizowała Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Jarocinie.

Skąd u pani pomysł, aby dla dzieci napisać książkę o kobietach?
Generalnie jestem tzw. „pisarką dla dorosłych”, ale kiedy człowiek ma własne dzieci nagle wszystkim się zaczyna kojarzyć ze sprawami dla najmłodszych. Ja także sporo mówię, pisze o książkach dla dzieci. Wydawnictwo Znak pewnego dnia napisało do mnie i zapytało, czy nie chciałabym stworzyć czegoś dla dzieci. Odmówiłam im, ponieważ uważam, że jest to bardzo trudna sztuka. Nadal zawracali mi głowę. Nawet przestalam odpisywać na maile myśląc, że tym sposobem dadzą mi święty spokój (śmiech). Nie dali. Mówili, że nie musi być bajka, beletrystyka. Może być nonfiction dla dzieci. Spodobał mi się ten pomysł. Zbliżał się rok 2018, a z nim 100-lecie praw kobiet i fala zainteresowania tzw. „her story”, czyli opowieściami z perspektywy kobiet. Na rynku brakowało mi książki o świetnych Polkach, o których wiemy mało albo nic. Na lekcjach historii od moich szkolnych czasów niewiele się zmieniło. Nadal uczy się jej z perspektywy opowieści o mężach stanu, królach, rycerzach, traktatach podpisywanych przez bardzo dzielnych mężczyzn. Niczego im nie ujmuję, ale należy pamiętać, że, jak głoszą feministki, „kobieta to też jest człowiek”. Nasze doświadczenie jest prawdopodobnie równie uniwersalnym jak mężczyzn i można je ująć w ramy opowiadań. Zwłaszcza, że mamy o kim pisać. Tak zrodził się pomysł na książkę. Wydawnictwo zaproponowało, że zilustruje ją Joanna Rusinek. Ucieszyło mnie to, bo lubię jej rysunki. Efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Uważam, że ta książka, niezależnie od tego, że ją pisałam, jest po prostu piękna. Zawsze chciałam taką wydać.

Dlaczego wybrała pani akurat te kobiety? Skąd czerpała pani o nich wiedzę?
Kiedy zaczęłam pracować nad książką zrobiłam wstępną listę pań, które chciałabym w niej umieścić. Redaktorce mojej książki spodobał się ten wybór. Chciałam, aby to były bohaterki z różnych epok. Tak, aby na ich przykładzie można było obserwować, jak zmieniała się sytuacja kobiet na przestrzeni ponad 1000 lat. Przy research-u (szukaniu materiałów – przyp. red.) pomagały mi dwie osoby. Dorota Szymborska – koleżanka, która na co dzień jest redaktorką w Gazecie Wyborczej oraz Piotr Dziewit – mój tata, który bardzo poważnie podszedł do tematu. O narratorce tej książki – Henryce Pustowójtównie znalazł mi tyle materiałów, że mogłabym napisać doktorat (śmiech). Zanim się przez to wszystko przekopałam, znalazłam to o co mi chodziło, uciekło mi trochę czasu. Przy każdej mojej książce tak pracuję, że na jedną napisaną stronę mam 100 przeczytanych. Zwłaszcza, że w przypadku tego typu książek trzeba się podpierać wiedzą pochodzącą z różnych źródeł. Mi to pasuje. Nie cierpię pisać, ale bardzo lubię czytać i przesiadywać w archiwach czy bibliotekach (śmiech).

W książce jest ponad 20 bohaterek. To jest „top” kobiecej historii Polski?
Nie powiedziałabym tak. To jest książka dla dzieci. Ważnym jej elementem było to, aby te kobiety miały ciekawe życiorysy, nietypowe historie. Można powiedzieć, że postać Magdaleny Bendzisławskiej – pierwszej lekarki, która pod koniec XVII wieku pracowała w kopalni soli w Wieliczce – nie jest szczególnie ważna w porównaniu z… Marią Skłodowską-Curie. Jej historia jest tak intersująca, że uznałam, iż muszę ją tam wsadzić. To jest świetne, że kobieta, która była żoną chirurga w kopalni soli w Wieliczce po jego śmierci przejęła ten przywilej. Ktoś tam poszedł po rozum do głowy i stwierdził, że skoro już mają tę Magdalenę, a ona wszystko umie, bo przez całe życie asystowała mężowi, niech pracuje dalej i leczy górników. To było super postępowe. Władze kopalni w Wieliczce w roku 1697 wykazały się naprawdę ciekawym podejściem. Mnie ta historia ogromnie ujęła, a o niej prawie nikt nic nie wie. Na Uniwersytecie Jagiellońskim, w Collegium Medicum, jest profesor zajmujący się historią medycyny. Swego czasu postulował, aby stworzyć nagrodę dla najlepszej lekarki im. Bendzisławskiej. Pomysł na razie nie ujrzał światła dziennego, ale uważam, że jest wspaniały.

A która z bohaterek książki jest pani szczególnie bliska?
Ze względu na ilość materiałów, które dostarczył mi tata, bardzo dużo wiem o Henryce Pustowójtównie. Jest to najbardziej rozpoznana przeze mnie postać. Ogromnie ją polubiłam. Anna Henryka Pustowójtówna walczyła w postaniu listopadowym i była rarogiem (demonem przynoszącym ludziom szczęście – przyp. red.) od urodzenia. Robiła to, co chciała, chodziła własnymi ścieżkami. Jej rodzice mieli z nią same problemy. Kiedy zaczęły się wszystkie powstańcze ruchy, w to jej graj. Pracowała w szpitalu polowym, a potem wsiadła na konia w męskim przebraniu i walczyła. Stała się przez to ówczesną celebrytką. Cała Europa Środkowo-Wschodnia słyszała o tym, że jest jakaś dziewucha, która cały czas stawia się carowi i robi bardzo niegrzeczne rzeczy. Fama o niej szła po Europie. Kiedy musiała uciekać z Królestwa Polskiego po upadku powstania zamieszkała w Paryżu i została kwiaciarką. Cóż za kontrast w porównaniu z tym, co robiła wcześniej!

To jest super historia, ale najważniejsze z mojego punktu widzenia – osoby, która jeździ i opowiada o innych kobietach – są entuzjastki i Narcyza Żmichowska. Myślę, że kobiety im strasznie dużo zawdzięczają. To były panie z wyższych sfer, które działały mniej więcej w okresie powstania styczniowego. Za swój cel obrały pozytywistyczne podejście do życia. Niosły kaganek oświaty. Walczyły o prawa dziewcząt i chłopskich dzieci do nauki. Wykonywały żmudną pracę, która nadal w Polsce jest nieszanowana. Uważam – podobnie jak Żmichowska – że pozytywistyczny stosunek do rzeczywistości, a nie romantyczne zrywy, jest tym co zapewnia nam rozwój. Powinniśmy przestawić wektory z ciągłego „jarania się” bohaterami, po których tylko spalona ziemia. To co zrobiły entuzjastki było bardzo śmiałe i odważne. Dlatego też biorę je sobie za patronki.

Chyba trochę zapominamy o wkładzie kobiet w XIX-wieczną rewolucję przemysłową. Pracowały w fabrykach i walczyły o zawodowe prawa dla siebie. Nie tylko w Ameryce, ale i w Polsce. Kobieta z tamtego okresu kojarzy się jak matka, która żegna syna czy ukochanego idącego na bój. A  tak naprawdę były to kobiety z krwi i kości, którym zawdzięczamy bardzo dużo.
No właśnie! Teraz często używamy takiej frazy: „w roku 2018 mamy 100-lecie przyznania praw obywatelskich i wyborczych kobietom”, tylko, że to nie było tak proste. Takie procesy dzieją się latami. Ktoś to wywalczył, ktoś to wychodził. Ktoś sobie uświadomił, że coś tu nie gra i może byłoby warto zmienić rzeczywistość. Kiedy patrzy się na historię z perspektywy tego co działo się z kobietami widzi się ją zupełnie inaczej. Wojna była czymś co radykalnie zmieniło naszą sytuację, bo zabrakło mężczyzn. Co to znaczyło być kobietą w czasie wojny i po niej? Kiedy na 1945 rok spojrzymy z perspektywy traktorzystek i robotnic, nagle okazuje się, że baby nie są takie beznadziejne (śmiech). One też mogą się do czegoś przydać. Istnieje niewiele źródeł historii kobiet. Nikt tego nie zapisywał, a to co było, zniknęło. Dzisiejsza historia kobiet jest nadpisywaniem wielu rzeczy na historię, którą już znamy. I dopiero wtedy mamy, moim zdaniem, pełen obrazek. My naprawdę też jesteśmy ważne! To, że mamy najpierw nazwiska naszych ojców, a potem naszych mężów, no trudno, ale mamy też swoje babki, prababki i praprababki, a ich historia powinna być dla nas tak samo ważna jak ta naszych dziadków, pradziadków. A często nie jest. I później jest już za późno, aby ją poznać.

Tak było z, opisywaną w pani książce, Ireną Sendlerową, którą świat odkrył przez przypadek. Dzięki dwóm dziewczynkom ze Stanów Zjednoczonych, które wyszukały informacje i napisały o niej reportaż. Dopiero wtedy odkryto jej tajemnicę życia, tego co robiła w czasie wojny.
Takie znaleziska są. Pewnie dla swojej wnuczki była zwykłą babcią, a o tych rzeczach nie mówiło się w domu. Jest to szalenie skomplikowana historia, której odsłonę mamy okazję śledzić ze wszystkimi jej dobrymi i bardzo złymi, bo też takie są, skutkami. Abstrahując od konkretnej historii Ireny Sendlerowej uważam, że to jest naszym – zwłaszcza dziewcząt – obowiązkiem dowiedzieć się kim i skąd jesteśmy. Róbmy to dla siebie, ale róbmy i dla naszych córek, które może kiedyś będziemy miały.

W pani książce jedna bohaterka żyje do dziś. To Barbara Hulanicki. Skąd właśnie ona wzięła się w tym gronie?
To grono jest bardzo zacne – pisarki, artystki… A pomyślałam, że czymś szalenie ważnym dla każdej z nas, choć często nie przyznajemy się do tego, jest moda. Nazwisko Barbary Hulanicki w latach 60. i 70. XX wieku było rozpoznawalne przez wszystkich. Do jej butiku w Londynie przychodził Mick Jagger z kolejnymi narzeczonymi i wszyscy Beatles’i. Skoro mieliśmy kogoś takiego, czemu o niej nie napisać? Jednocześnie chodziło mi o to, aby pokazać, że zajmowanie się modą jest świetne. Chętnie zdjęłabym z tego zajęcia odium czegoś niepoważnego. To wcale nie jest niepoważne! To jest bardzo ważne! Jeżeli ktoś ma dryg do czegoś, niech to robi. Niech się realizuje i mówienie mu, że nie wypada, żeby znalazł sobie porządny zawód, nie jest dobrym rozwiązaniem.

W książce jest też element Jamesa Bonda. Mnie bardzo zaskoczył, bo nie miałam pojęcia, że Ian Flaming – autor książek o przygodach Bonda – jako inspirację wykorzystał historię Polki – Krystyny Skarbek, kobiety szpiega. Znałam tę postać, ale nie jako część Jamesa Bonda…
Ostatnio trochę więcej zaczęto o tym mówić. To była polska arystokratka, która wyjechała z rodzicami i w czasie II wojny światowej była brytyjskim szpiegiem. Miała niesamowite przygody, z których mógłby powstać film. Poznała Iana Flaminga, który się nią zafascynował. Myślę, że ona była także niezwykłą kobietą, wręcz magnetyczną postacią… W Casino Royale występuje słynna dziewczyna Bonda – Vesper Lind, a Vesper to pseudonim, który Krysi nadał jej tata. Z Krystyny Skarbek możemy być dumni. To bardzo pozytywna postać.

Z kart pani książki przebija się, że kobietom zawsze jest pod górkę. Smutna jest więc historia Marii Komornickiej, która była zagubiona w tym męskim świecie. Powiedzenie, że chłopcy mają w życiu łatwiej zdecydowanie miało tutaj zastosowanie…
Maria Komornicka była poetką, która nie mogła realizować siebie. Ograniczały ją konwenanse i płeć. W symbolicznej scenie, którą przywołują wszyscy zajmujący się jej postacią, spaliła w kominku swoje sukienki. Założyła spodnie i powiedziała matce, że od tego momentu już nie jest Marią a Piotrem. To była dla mnie trudna do napisania opowieść. Tworzyłam książkę dla dzieci, a historia o kimś, kto zmienia płeć kulturową, bo będąc kobietą nie może robić tego czego chce, okazała się niemałym wyzwaniem. Starałam się to napisać najdelikatniej jak umiałam

Rzeczywiście ta historia była okrutna…
Jest jeszcze Zofia Stryjeńska. Ta z kolei nie mogła dostać się na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Nie przyjmowano na nią dziewcząt. Tak samo w Paryżu, więc Zofia wyjechała na studia jako swój brat – w męskim przebraniu. Wytrzymała rok. Jej osobowość nie mieściła się w żadne ramy. Była kolorowym kwiatem, dzikuską… Często więc kobiety musiały wychodzić z własnej skóry, stawać się kimś innym, aby móc być sobą. Takie były czasy i ograniczenia. Możemy się cieszyć z tego, że już nie musimy z czymś takim walczyć. Mogę napisać książkę, porozmawiać o niej. Nie muszę być swoim bratem, który jest bardzo fajny, ale jest Wojtkiem, a nie Anią.

Książkę kończy historia kobiet wykształconych i inteligentnych, które budowały domy dla robotników w Warszawie i spotkały się z atencją samego Pabla Picassa.
Uważam, że stanowczo za rzadko podkreśla się rolę architektek, które budowały Warszawę, projektowały osiedla mieszkaniowe. Te, po dzień dzisiejszy, są szalenie ważnym punktem odniesienia. Żoliborskie bloki, projektowane przez moje bohaterki, są wzorcowymi mieszkaniami dla klasy robotniczej. Teraz każdy chciałby w nich mieszkać. Osiedla są zielone. Zaprojektowane tak, aby ludzie mieli wszystko pod ręką – żłobki, przedszkola, place zabaw, przestrzeń do życia. Kiedy dzisiaj porównuje się osiedla stawiane przez deweloperów, każdy skrawek zieleni jest zabudowany, nie ma w ogóle przestrzeni. Są one  niefunkcjonalne, nastawione wyłącznie na zysk, kompletnie w nosie mające tkankę społeczną, którą powinny być. Patrzymy na to co w latach 50.-70. XX wieku robiły te kobiety i myślimy, że choć były to straszne czasy PRL-u, powstawało coś wartościowego. Pablo Picasso, który pojawił się w Warszawie na słynnym festiwalu młodzieży, tak zafascynował się tymi budynkami, że na ścianie jednego z nich zostawił mural przedstawiający syrenkę warszawską. I super, ale ludzie, którzy dostali to mieszkanie, zamalowali obraz. Ostał się tylko na zdjęciu.

A propos syrenki, ona też jest w pani książce. Pozowała do niej dziewczyna, która zginęła w powstaniu warszawskim…  
Wydawało mi się, że wszyscy o tym wiedzą. Okazało się, że historia o Krystynie Krahelskiej, poetce, autorce pieśni pt. „Hej chłopcy, bagnet na broń”, która tuż przed wybuchem II wojny światowej dała swoją twarz rzeźbiarce Ludwice Nitschowej, która poszukiwała modelki o klasycznej, polskiej urodzie mogącej zostać twarzą syrenki warszawskiej, jest dobrze znana wyłącznie w Warszawie. Krahelska, przez przypadek, znalazła się w jednym miejscu wraz z Nitschową. Gdy rzeźbiarka ją zobaczyła stwierdziła, że to jest kwintesencja polskiej dziewczyny. Krysię długo namawiano, w końcu się zgodziła. Pozostała po niej syrenka warszawska. Jej poezja, jak i ona sama, wraz z wieloma wspaniałymi młodymi ludźmi, zginęła w powstaniu. 

W Wielkopolsce mamy swoje zwycięskie powstanie, od którego wybuchu mija właśnie 100 lat. Musiałybyśmy poszukać w nich jakichś kobiet…
Na pewno by się znalazły!

Wracając do książki, są w niej tylko dwie kobiety u władzy – Jadwiga i Świętosława – siostra Bolesława Chrobrego
Władza jest w rękach tych, którzy mają władzę. Niestety nie były to kobiety. Co ciekawe, kiedy spojrzy się w głęboką przeszłość, okaże się, że w systemach starożytności kobiety miały niejednokrotnie pełnię władzy. Było tak w Mezopotamii czy Egipcie. W wielu miejscach nie było niczym nadzwyczajnym, że kobieta dziedziczyła i sprawowała władzę. W pewnym momencie zaczęło się to zmieniać. W historii Polski opisuję dwie postaci. Świętosława, o której wspominają skandynawskie sagi, jest na poły mityczna. Jeśli wierzyć przekazom, nieźle mieszała w skandynawskiej historii. Z łatwością zgładzała swoich absztyfikantów, co w książce dla dzieci musiałam opisać delikatnie. U Jadwigi niesamowitym jest to, że ona miała 10 lat, kiedy przyjechała do Krakowa. Mam świadomość, że wtedy nie było dzieciństwa i wiedziano, że jest gotowa do przyjęcia obowiązków, ale i tak to jest dziwne.

Jako 13-latka wyszła za 37-letniego Władysława Jagiełłę.
Podobno bardzo się bała tego małżeństwa. I trudno się dziwić. Dla potrzeb książki trochę złagodziłam obrazek Jagiełły. Nie zamierzałam nim straszyć dzieci (śmiech), ale są i takie przekazy, które mówią, że on aż tak straszny nie był. Podobno mył się codziennie, co było wielką atrakcją, bo zazwyczaj w tamtych czasach człowiek mył się raz w roku, około Wielkanocy, I podobno nie smarkał w rękach, tylko używał chusteczek. Sama Jadwiga jest mitotwórczą postacią. Jej stópka jest podobno odciśnięta na ul. Karmelickiej w Krakowie, przy kościele, bo swój bucik oddała biednemu.

Planuje pani napisać drugi tom o kobietach w historii Polski?
Powstanie drugi tom, ale międzynarodowy. Nazywać się będzie „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy”. W dużym stopniu są tam ujęte XIX-wieczne podróżniczki. Również Polki. Np. Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, która w 1978 roku, jako pierwsza kobieta, samotnie opłynęła świat. Na kartach książki znalazła się też Maria Czaplicka – antropolożka, która pod koniec XIX-wieku badała plemiona szamanów na Syberii i pracowała na Oksforzie. Oczywiście pies z kulawą nogą nawet o niej nie słyszał. Głupio mówić, ale strasznie dobrze mi się pracowało nad tą książką (śmiech). To było szalenie ciekawe.

Zapowiada się seria książek o historii kobiet pani autorstwa?
Nie wiem, czy napiszę kolejną książkę z serii. Chętnie przekażę materiały copyright-erkom (redaktorkom – przyp. red.) Naprawdę jest o czym pisać!

Rozmawiała JUSTYNA DANIEL-KORZYNIEWSKA
Źródło: Foto. Materiały prasowe
2018-04-03 14:04 216

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.