Środa, 12 Grudnia 2018 - Dagmary, Aleksandra, Ady

Czasami trzeba żyć trochę na złość

O sile życia, odnajdywaniu się w zupełnie nowej sytuacji, otwarciu na to, co przynosi los, czerpaniu jak najwięcej z każdego dnia, opowiada MONIKA KUSZYŃSKA. Popularność byłej wokalistki Varius Manx przerwał wypadek samochodowy. Dziś ma karierę solową. Pracuje nad drugą płytą. W międzyczasie napisała książkę pt. „Drugie życie”, na kartach której podzieliła się z czytelnikami swoją historią. Została też mamą. 

Nawiązując do tytułu pani płyty – od czego została pani ocalona?
To jest temat rzeka. Nawet dość odległy… Na pewno od śmierci, bo przecież otarłam się o nią. A potem od wycofania z życia. Dostałam drugą szansę, ale musiałam nauczyć się ją wykorzystywać, co nie było łatwe. Ani fizycznie ani psychicznie. Szczególnie psychicznie, ponieważ miałam czas załamania. Kiedy powstawała płyta zaczynałam wszystko od nowa. Większość piosenek mówi więc właśnie o tym, w jaki sposób nabierałam siły… Sądzę, że sposób w jaki można podnieść się z upadku fascynuje wiele osób.

Krytycy muzyczni orzekli, że ta płyta jest bardzo osobista. Dla mnie to raczej takie pudełko dobra i nadziei…
Pewnie tak... Ja w ogóle nie kalkulowałam, nie zastanawiałam się jaki styl będzie miała ta płyta. Jej nagranie było bardzo spontaniczne i symboliczne, bo przez długi czas myślałam, że nie wrócę na scenę. Zaskoczyłam samą siebie tym, że się do niej zmobilizowałam (śmiech). Pomimo że zaczęłam żyć od nowa i powoli układać sobie swój świat, jeszcze długo nie miałam odwagi wyjść przed publiczność i zmierzyć się z tremą. To było okupione dużym wysiłkiem. Uznałam więc, że dobrze jest opisać swoje przeżycia i dać ludziom nadzieję, że wszystko można pokonać. Ten przekaz, sam w sobie, ma ogromną nadzieję. Płyta, do tej pory, pełni rolę pocieszającą, wspierającą.

Na płycie jest piosenka, która mi szczególnie przypadła do gustu. To „Moje anioły na ziemi”. Każdego człowieka spotykamy na swojej drodze w konkretnym celu i czasie, a kiedy się z nim rozchodzimy, to dlatego, że nie jest już nam niezbędny do życia?
Tak, nasza wspólna droga się skończyła. Czasami mamy wyrzuty sumienia, że już do kogoś nie dzwonimy tak często, nasze relacje się rozluźniły. Na przestrzeni czasu energia się zmienia. Potrzebujemy nowej, więc zbliżamy się do innych osób. Ci ludzie, czasami jak anioły, pojawiają się kiedy jest źle, albo gdy potrzebujemy ich wsparcia. Tak było też u mnie. To doświadczenie stało się dla mnie składową procesu podnoszenia się. Nie wiem, czy bez tych moich „aniołów” dałabym radę.  

Pani siostra Marta okazała się takim nieoczekiwanym aniołem?
Zdecydowanie. Chociaż nie wiem, czy nieoczekiwanym… Zawsze byłyśmy ze sobą blisko, tylko role były odwrotne. To ja byłam starszą siostrą i jej opiekunką. Później ona przejęła tę rolę. Rzeczywiście było to niespodziewane, ale Marta sobie świetnie poradziła. Przede wszystkim z naprawdę ciężkim zadaniem spierania mnie fizycznie i psychicznie, To wówczas była moja najbliższa osoba. Miałam wielkie szczęście, że była obok. Nadal jest dla mnie ważna, choć mam już swoją rodzinę.

Zanim jeszcze płyta ujrzała światło dzienne, wszystko zaczęło się od piosenki pt. „Nowa rodzę się”. Pamięta pani ten moment, kiedy urodziła się po raz drugi?
To był bardziej proces niż moment. Pojedyncze kroki. Nagranie tej piosenki stało się ich zwieńczeniem. Kiedy usłyszałam swój głos, był inny od tego, który wcześniej znałam. Niedoskonały. Wiem, że teraz nagrałabym ją znacznie lepiej, ale w tamtym momencie była po prostu prawdziwa. Pierwszy występ okupiłam ogromną, ale pozytywną tremą. Wiedziałam, że idę do życzliwych ludzi, którzy mnie wspierali i kibicowali, a nie oceniali. Do dziś pamiętam to podekscytowanie i obawę, czy będę potrafiła śpiewać po tak długiej przerwie. To był jeden z najbardziej budujących mnie momentów.

Pytam o to, bo przyznam się, że czytając ten fragment pani książki nie mogłam się nie  uśmiechać. Jest w nim coś magicznego...
To prawda. To też kwestia mojego przyzwolenia, aby wszystko toczyło się własnym rytmem. Jestem otwarta na to, co daje mi los. Nie chciałam się wycofać i odrzucić spływających do mnie możliwości. Kiedy sobie na to pozwoliłam, okazało się, że coraz to nowe rzeczy pojawiają się na mojej drodze. Pokonywałam różne swoje lęki. Cały czas pracuję nad sobą.

No właśnie była „Bitwa na głosy”, Eurowizja. W książce pisze pani, że największym koszmarem stał się dla pani występ na festiwalu w Opolu. To też się udało. I tak się zastanawiam, czy śni pani jeszcze o czymś?
Tak, nadal mam abstrakcyjne, ale ciekawe sny. Wcześniej były jeszcze bardziej realistyczne niż teraz. Tak jakbym prowadziła alternatywne życie. W nich robiłam te wszystkie rzeczy, których nie mogłam w prawdziwym życiu. Dzisiaj też miewam sny, w których chodzę po górach, wspinam się, pływam na rozległym morzu... Nie należę do odważnych osób i chociażby Eurowizja była dla mnie ogromnym wyzwaniem.

Oglądając pani występ na Eurowizji nie powiedziałaby, że nie jest pani odważna…
Właśnie wszyscy mi mówią, że wyglądałam spokojnie! (śmiech) A we mnie była burza emocji i wielka walka z samą sobą, aby wszystko się udało. Widocznie jestem dobrą aktorką (śmiech). Od tego czasu, kiedy nagrałam pierwszą piosenkę, gdy zrozumiałam, że podejmuję wyzwania, których na początku bardzo się boję, a później dzieją się pozytywne rzeczy, dające mi ogromną satysfakcję, postanowiłam brać to, co niesie mi życie. Zazwyczaj wbrew swoim obawom. Takie też było moje myślenie względem Eurowizji. Gdybym miała wziąć udział w preselekcjach prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na to, ale że propozycja przyszła wprost do mnie, grzechem było z niej nie skorzystać.

Dzisiaj przyjechała pani do Jarocina na Galę Harcerską. Sporo współpracuje pani z młodzieżą. Jaka dziś jest ta wchodząca w świat muzyki?
Mam bardzo dobre doświadczenia w spotkaniach z młodzieżą. Zdarza mi się występować czy mówić do dzieciaków w szkołach. Gdybym nie wychodziła z domu i nie spotykała się z nimi myślałabym, że ważne jest dla nich tylko to jak wyglądają, co posiadają. A jest też młodzież bardzo pomysłowa, z inwencją, działająca. Lubię spotykać się z wolontariuszami. Jestem pełna podziwu i zszokowana, że jest tak wielu młodych ludzi, którzy poświęcają swój czas innym. Nie pamiętam, aby wokół mnie w młodości były takie inicjatywy. Oczywiście należałam do harcerstwa, ale teraz możliwości wykazania się przez młodych ludzi jest znacznie więcej. Spotykam dużo mądrej, otwartej, wrażliwej młodzieży. Mam szczęście do ludzi.

To widać także w pani książce. Z jej kart, mimo pani trudnych przeżyć, biją siła i optymizm.
O to właśnie mi chodziło, aby książka nie była opisem smutnej i trudnej sytuacji. Pisałam ją w momencie, kiedy to wszystko miałam już za sobą. Nie chciałam epatować bólem i smutkiem. Musiałam o nich napisać, bo czytelnik musiał mieć pojęcie o całej sytuacji, ale są opisane wyłącznie orientacyjnie. Zależało mi, aby w książce zawrzeć siłę dla osób, które w danym momencie czują się słabe, albo potrzebują zastrzyku dobrej energii.

Co więc poradziłaby pani osobie będącej na początku drogi, którą pani już przeszła? Gdzie ma szukać swojej siły? Skąd czerpać ją do codziennego życia?
Są różne drogi. Na pewno dużo łatwiej mają ludzie wierzący, bo w takiej sytuacji bardzo szuka się Boga. Siłę można znaleźć także w innych ludziach. Zwłaszcza tych, którzy przeżyli podobne historie, a ich nie brakuje. Dlatego też napisałam książkę, aby ktoś, kto jest na początku drogi miał świadomość, że inni już ją przeszedł i jest to możliwe. Pamiętam, że sama bardzo szukałam takich przykładów. Na początku było dla mnie nie do uwierzenia, że można być szczęśliwym na wózku. A to jest możliwe. Należy to dalej przekazywać. Trzeba szukać inspiracji w historiach, których wokół nas jest wiele. I w sobie też. Wydaje mi się, że w każdym z nas jest ogromna siła. Jeżeli mamy zdrową psychikę posiadamy ogromny instynkt przetrwania. Czasami trzeba żyć nawet trochę na złość (śmiech). Ale to pomaga!

To jakie jest dzisiaj to pani „drugie życie”?
Bardzo nudne (śmiech).

Nie wierzę!
Naprawdę! (śmiech) Bardzo nudne, ale i piękne w swojej nudzie. Od roku jestem przede wszystkim mamą i to jest dla mnie bardzo piękna rola. Wcale nie łatwa. Z ciekawością przyglądam się sobie w niej. Takie koncerty jak dzisiaj są dla mnie świętem, bo ostatnio zamierzenie mało koncertuję. Kiedy już się zdarzają ogromnie się z nich cieszę. Są niesamowitą odskocznią i świeżą energią. Z resztą, na koncertach dostaję bardzo dużo energii od publiczności. Dzięki niej chce mi się tworzyć. Jest we mnie duży spokój. Pomijając strach o dziecko, które jest dla mnie totalną nowością (śmiech). Jest zwyczajnie i spokojnie.

Rozmawiała NATALIA PLUTA
Źródło: Foto. 1. Z. Malina, foto. 2 i 3 Materiały Prasowe
2018-04-03 12:36 229

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.