Piątek, 21 Września 2018 - Jonasza, Mateusza, Hipolita

Festiwal się broni w takiej formie

Sam & Bart, czyli Janek Samolyk i Szymon Bartkowiak wygrali zeszłoroczne eliminacje do Jarocińskich Rytmów Młodych w Rudzie Śląskiej. Podczas Jarocin Festiwal 2017 wystąpili na Scenie Rynek. Nie zwyciężyli. Palmę pierwszeństwa oddali Decadent Fun Club. Do Jarocina wrócili kilka miesięcy później. Wystąpili na scenie Spichlerza Polskiego Rocka. W Muzycznym Bębnie SPR zaś wspominali festiwalową przygodę. Zdradzili też plany zespołu na najbliższą przyszłość.
 
Jak wspominacie wasze eliminacje do Jarocińskich Rytmów Młodych i koncert w Jarocinie?
Janek Samołyk: To była fajna niespodzianka, że zagraliśmy na Jarocinie. Nasza managerka Ania wysłała zgłoszenie, żeby po prostu pokazać, że jest taki zespół – tak, aby ciekawi jurorzy (Piotr Metz, Krzysztof Zalewski, Michał Wiraszko, Artur Rawicz oraz Tomasz Jankowski – przyp. red.) mogli na to zwrócić uwagę. Pamiętam poprzednie koncerty w Jarocinie, gdzie na jednym festiwalu grało kilkanaście młodych zespołów. Myślałem, że moglibyśmy wystąpić tu na zasadzie kontrastu. Gdy się okazało, że w eliminacjach gramy z czterema innymi zespołami i one wszystkie robią dosyć dużo hałasu, tak kojarzonego z Jarocinem, a tylko jeden przechodzi, myślałem, że nie mamy szans. Kiedy wygraliśmy eliminacje byłem w szoku. Nie spodziewaliśmy się, że dojdziemy aż do finału.
Szymon Bartkowiak: Podszedłem do eliminacji na zupełnym luzie. Pamiętam, że Janek był podłamany tymi przesłuchaniami w Rudzie Śląskiej.
Janek Samołyk: Czym byłem podłamany?...
Szymon Bartkowiak: Dziś już nie pamiętam. Chyba każdy muzyk ma tak, że po zejściu ze sceny nie jest zadowolony ze swojego występu.
Janek Samołyk: A już wiem! Miałem problem z wejściem na gitarze – coś nie stykało. Zamiast rozpocząć i grać staliśmy jak kołki (śmiech). To jest coś, co najbardziej mnie stresuje na scenie – kiedy coś nie idzie technicznie. Publiczności nigdy się nie boję, ale niech tylko coś przestanie działać, od razu jestem zagotowany w środku. Tak było.
Szymon Bartkowiak: Po naszym występie spokojnie zeszliśmy ze sceny, poczekaliśmy na koncert Krzysia Zalewskiego. Obejrzeliśmy i wysłuchaliśmy go z wielkim zainteresowaniem. Czekaliśmy na werdykt nie spodziewając się specjalnie wielkich cudów. Byliśmy w kompletnym szoku, gdy ze sceny padła nasza nazwa, jako zwycięzców tych eliminacji. Janek, który miał zarezerwowany bilet powrotny do Wrocławia, zmienił plany. Zabrał się ze mną do Rybnika i świętowaliśmy do wczesnych godzin porannych (śmiech).

W eliminacjach konkurencja była znaczna. Obawialiście się konkurentów?
Szymon Bartkowiak: Nie traktowałbym tego w kategoriach obawy o konkurentów. Muzyka dla mnie polega na czymś zupełnie innym. Nigdy nie upatrywałem w uprawianiu tej formy sztuki – jeżeli mogę to tak górnolotnie nazwać – żadnej konkurencji. Jest to dla mnie –najprościej rzecz biorąc – sposób na wyrażanie samego siebie i robienie czegoś, co sprawia mi po prostu frajdę. Ważniejsza dla mnie jest integracja niż konkurencja.
Janek Samołyk: Oczywiście, że jeżeli jest konkurs, bardzo fajnie go wygrać i zająć czołowe lokaty. Przez to, że rozrzut stylistyczny na JRM był tak duży, nie potrafię powiedzieć, który zespół był lepszy, a który gorszy. Wiem, który przeszedł, który wygrał i dostał nagrodę, ale nie potrafię tego ocenić. Jeżeli ktoś jest najlepszy w zbieraniu truskawek, to czy jest lepszy od kogoś, kto jest dobry w składaniu samolotów? Jak to porównać? Kogoś jurorzy musieli wybrać więc wybrali. Cieszymy się, że znaleźliśmy się w finale, ale przez to, że rozrzut stylistyczny był aż taki, nie byłem w stanie porównać tej muzyki w jakikolwiek sposób. Poza tym, że coś mi się mogło podobać bardziej a coś mniej, w ogóle nie czułem elementu sportowego. Ani przez moment.

Żadnej rywalizacji?
Janek Samołyk: Żadnej.

A zgadzacie się z werdyktem jury?
Szymon Bartkowiak: Jak najbardziej. Wygrał bardzo ciekawy zespół (Decadent Fun Club – przyp. red.).

Jarocin to jest pewna marka. Czy to hasło w jakiś sposób na was działa? Czy działa na was legenda Jarocina?
Szymon Bartkowiak: Legenda Jarocina jest niezaprzeczalna. Sądzę, że nie powinno być wokół tego tak wiele niepotrzebnych dyskusji, które pojawiły się w ostatnich czasach. Pokazało to chociażby nasze zwycięstwo eliminacji w Rudzie Śląskiej, kiedy rozpętaliśmy – wespół z jurorami, którzy zadecydowali, że to właśnie my powinniśmy zagrać na festiwalu – małą burzę. Niektórzy ludzie zaczęli podważać zasadność tego werdyktu, ale też dyskutować na ten temat, czy legenda nie jest niszczona po latach. Sądzę, że ta dyskusja była absolutnie zbędna. Twierdzę, że festiwal broni się w takiej formie w jakiej jest. Tak powinno zostać.

Wasze granie często porównywane jest do bardzo znanego duetu, czyli  Simon & Garfunkel. Podoba się wam to?
Szymon Bartkowiak: Na pewno nie mamy prawa się za nie obrażać. Wręcz przeciwnie. Mnie osobiście się podoba.
Janek Samołyk: Nawet też mamy Simona w zespole (śmiech).

A co was inspiruje?
Janek Samołyk: Życie.
Szymon Bartkowiak: Nie chcę wymieniać, aby nikogo nie pominąć. Tak naprawdę to są wszyscy ci artyści, których przesłuchałem przez swoje – plus minus – 30 lat życia z różnych nośników.

Z kaset też słuchałeś?
Szymon Bartkowiak: Oczywiście. Mam całe pudło kaset. Na tę chwilę w piwnicy. Kaseciaka też. Czasami zdarza mi się – nawet jeszcze dzisiaj – słuchać kaset.
Janek Samołyk: Jeżeli chodzi o inspirację do tego, żeby tworzyć piosenki to ich jest multum. Dla mnie przez całe życie ważne są takie zespoły, jak The Beatles i The Beach Boys, gdzie dużo było śpiewania w harmonii. Zawsze miałem w sobie marzenie, aby śpiewać z drugim facetem. Duetów damsko-męskich jest sporo. To jest oczywiście piękne, ale zawsze brakowało mi męskiego śpiewania. W Sam & Bart to odnalazłem.

Czyli jesteście mocno osadzeni w brytyjskim klimacie. Z resztą śpiewacie piosenki po angielsku. Czy możemy spodziewać się czegoś w języku polskim?
Szymon Bartkowiak: Na razie, szczerze mówiąc, nie planowaliśmy nic w naszym rodzimym języku…
Janek Samołyk: Nigdy nie można mówić nigdy. W innych konfiguracjach muzycznych zdarza nam się śpiewać po polsku. Nawet dość regularnie. Muszę powiedzieć, że każdy język ma swoje brzmienie. To nie jest tak, że piszę w tym języku, bo jest mi łatwiej. Angielski ma brzmienie, które wyjątkowo pasuje do klimatu muzycznego prezentowanego przez nas w Sam & Bart. To jak brzmi ten język nadaje bardzo dużo odpowiedniego nastroju. Nie twierdzę, że w polskim byłoby to nie możliwe, ale nie przychodzi naturalnie. Najczęściej nastrój, który chcemy przekazać przez nasz duet wiąże się z klimatem języka angielskiego.
Szymon Bartkowiak: My się nie silimy na angielski. To nie jest tak, że się uparliśmy, żeby śpiewać tylko po angielsku i uciekamy od polskiego. Melodia tego języka po prostu bardziej pasuje do naszej stylistyki. Tu nie ma wielkiej filozofii.

Jesteście zgranym duetem. Planujecie duży wspólny projekt np. płytę? Czy będziecie się skupiać bardziej na swoich macierzystych formacjach?
Szymon Bartkowiak, Janek Samołyk: Planujemy.
Janek Samołyk: Wchodzimy do studia Radia Koszalin. Jedziemy nad morze i nie zabieramy nikogo. Tam w zimie nikogo nie ma. Będzie cisza, spokój i tylko muzyka. Chcemy w spokoju popracować nad muzyką.

Dlaczego akurat Radio Koszalin?
Janek Samołyk: Bo oni nam to zaproponowali. Cudowną rzeczą związaną z Sam & Bart jest to, że na drodze zespołu pojawia się mnóstwo historii. Jedną z nich było zaproszenie do nagrania płyty w koszalińskiej rozgłośni. Dyrektor muzyczny tego radia był zainteresowany, by taka płyta – skoro jej jeszcze nie ma – powstała właśnie u niego.

Rozmawiała: JOANNA WÓJCIK/SPICHLERZ POLSKIEGO ROCKA  
Źródło: Foto. Materiały Prasowe
2018-03-09 12:58 254

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.