Poniedziałek, 19 Listopada 2018 - Seweryny, Maksyma, Salomei

Jedynym ograniczeniem jest kondycja

Andrzej Bargiel, w niedzielę o 12.35 czasu pakistańskiego, stanął na szczycie Piku Pobiedy. Tym samym polski skialpinista i himalaista w 30 dni zdobył Śnieżną Panterę – pięć szczytów powyżej 7 tys. m, znajdujących się w Kirgistanie i Tadżykistanie. Swoim wyczynem ustanowił nowy rekord szybkości w zdobyciu tych gór. Z tej okazji przypominamy historię wspinaczkową Andrzeja Bargiela, którą himalaista opowiedział zimą w Poznaniu, podczas spotkania z miłośnikami ekstremalnych wrażeń.

Tu są lwy
Wiele lat uprawiałem narciarstwo wysokogórskie tzw. „skialpinizm”. Będąc w reprezentacji kraju trzykrotnie zdobyłem Puchar Polski, odnosiłem też sukcesy na Mistrzostwach Świata i w Pucharze Świata. Pod koniec kariery zawodniczej pojawił się konkurs Elbrus Race (bieg górski bez nart na sam szczyt), który pokazał mi, że na dużych wysokościach można robić naprawdę wiele rzeczy. Chciałem spróbować narciarstwa w wysokich górach, więc pojechałem na dwie wyprawy organizowane przez Polski Związek Alpinizmu. Tam zobaczyłem, że grupowa forma zdobywania szczytu zupełnie mi nie odpowiada. Ciężko było mi współpracować z himalaistami, którzy przemieszczają się w zupełnie inny sposób. Na swoje ekspedycje muszę wyrabiać specjalne kombinezony, które są dużo cieńsze od klasycznych. Nie jestem w stanie przemieszczać się w himalajskim kombinezonie, ponieważ jest mi zwyczajnie za ciepło.

Wtedy wpadłem na pomysł projektu „Hic Sunt Leones”. Jego nazwa w dosłownym tłumaczeniu brzmi „Tu są lwy”. W dawnych czasach tym napisem na mapach oznaczano nieznane, niepodbite tereny. Idea ta zrodziła się, ponieważ, aby móc odkrywać najwyższe góry na nartach, musiałem zupełnie zmienić system działania. Troszeczkę go uprościć. Podczas trwania projektu odbyły się trzy wyprawy – na Shishapangmę (8013 m n.p.m., ośmiotysięcznik na terytorium Tybetu w Himalajach Wysokich), Manaslu (8156 m n.p.m., ośmiotysięcznik w północnej części Nepalu, w dystrykcie Lamjung, ósmy, pod względem wysokości, szczyt Ziemi,) i Broad Peak (8051 m n.p.m, ośmiotysięcznik zlokalizowany na granicy Chin i Pakistanu, dwunasta pod względem wysokości góra na świecie).   

Podczas wypraw chciałem mieć ze sobą ludzi, których dobrze znam i  wiem, że mogę na nich liczyć. Udało mi się namówić na ten projekt mojego starszego brata Grzegorza, który jest międzynarodowym przewodnikiem TOPR-u, Dariusza Załuskiego – świetnego himalaistę, zdobywcę pięciu ośmiotysięczników, w tym Mount Everestu i K2 oraz Marcina Kina, który jest fotografem sportów ekstremalnych.
 
2 października 2013
Pomysł wyprawy na Shishapangmę wziął się stąd, że nie byłem nigdy w Tybecie, a podczas tego wyjazdu miałem okazję go zobaczyć. Wyprawa rozpoczęła się od przylotu do Katmandu, stolicy Nepalu. Tam, po krótkim przepakowaniu, przemieściliśmy się w stronę Tybetu. Swoje działanie sportowe połączyliśmy z podróżowaniem i pojechaliśmy na wycieczkę wkoło Mount Kailash – świętej góry dla pięciu religii. Wiedzieliśmy, że pomoże nam to przy aklimatyzacji, a dzięki temu nie będziemy musieli chodzić po Shishapangmie tam i z powrotem. Kailash to niesamowite miejsce. Zbiera mnóstwo ludzi różnych kultur.  Podczas pielgrzymki na szczyt osoby biorące w niej udział przemieszczają się w chyba najcięższy sposób. Robią trzy kroki, kładą na brzuchu, wstają i powtarzają ten rytuał aż do końca swojej podróży. Przyznaję, że zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie.

Podczas wypraw działamy tak, że staramy się minimalizować czas i aklimatyzujemy się bardzo szybko. Dlatego też, gdy dotarliśmy już pod Shishapangmę, zrobiliśmy tylko dwa wyjścia z bazy na przestrzeni tygodnia. To wystarczyło nam, aby móc spróbować wchodzić na szczyt. Ta góra jest bardzo narciarska i w zasadzie nie ma tam trudności technicznych. Jedynym zagrożeniem są lawiny. Mieliśmy zaatakować szczyt od razu z obozu drugiego, ale tam wszystko się skomplikowało. Nie byłem w stanie dalej kontynuować wspinaczki. Najwyraźniej aklimatyzacja była zbyt słaba, bo nie czułem się na tyle dobrze, by móc iść do góry. Gdy już byłem gotowy do dalszej wspinaczki, znalazłem się w dość trudnym położeniu, bo z atakowania szczytu zrezygnował hiszpański, doświadczony himalaista. Musiałem wziąć wszystko na siebie. Samemu sobie torować drogę. To było bardzo skomplikowane, gdyż śniegu było ogromnie dużo. Mimo wszystko, 2 października udało mi się wejść na wierzchołek centralny Shishapangmy i zjechać z niego na nartach. Byłem wykończony, gdy zdobywałem szczyt, ale wiedziałem, że było warto. To była ogromna przygoda.  
 
25 września 2014
Cel wyprawy na Manaslu był bardziej skomplikowany niż na Shishapangmę. Chciałem spróbować wejść na szczyt i zjechać z niego w czasie poniżej 24 godzin. Swoją podróż znów rozpoczęliśmy w Katmandu. Po załatwieniu wszystkich formalności wyruszyliśmy w kierunku bazy. Ponieważ było tuż po monsunie, nasz autobus co jakiś czas grzązł w błocie. Podróż była ciężka, ale w końcu udało się nam dotrzeć do ostatniej wioski. Czekał tam na nas jeszcze prawie 100-kilometrowy tramping. Startowaliśmy z wysokości ponad 700 m n.p.m. Po drodze było potwornie ciepło. Temperatura osiągała 40 stopni Celsujusza, więc, gdzie tylko się dało, korzystaliśmy z możliwości ochłodzenia się. Otaczała nas regularna dżungla. Chociaż znajdowaliśmy się w wysokich górach, spotkaliśmy małpy. Po drodze zajrzeliśmy też do szkoły młodych mnichów, gdzie porozmawialiśmy z uczniami.

W końcu dotarliśmy do bazy i zorganizowaliśmy sobie przestrzeń życiową. Baza jest miejscem, w którym odpoczywamy i możemy się przygotowywać do wyjść w wyższe partie gór. Przed każdym wyjściem w góry należy odprawić tamtejszy obrządek gwarantujący bezpieczeństwo i powodzenie wspinaczki. Zanim wszedłem na Manaslu, w ramach aklimatyzacji, wybrałem się na okoliczną górę. Stwierdziłem, że ten szczyt jest na tyle atrakcyjny, że spróbuję go zdobyć. Pozostali himalaiści patrzyli na mnie ze zdziwieniem, bo on nikogo nie interesował. Wszyscy zmierzali w kierunku zbocza Manaslu. Mi dzięki temu, podczas aklimatyzacji udało się sporo pojeździć na nartach.

Plan ataku szczytowego był taki, że Grzegorz, Dariusz i Marcin wyszli dwa dni wcześniej z bazy i dotarli do obozu trzeciego. Ja wyruszyłem 48 godzin później, o 22.00, aby koło południa 25 września znaleźć się na szczycie. Wyprawę utrudniły mi opady deszczu ze śniegiem. Mimo wszystko się powiodła. Na szczyt Manaslu wszedłem w 14 godzin. Udało mi się zjechać na nartach do wysokości 6300 m n.p.m. Kawałek musiałem zejść, bo była potworna mgła. 300 m niżej jednak znów zapiąłem narty, by dojechać w okolice bazy. Znalazłem się tam po ponad 21 godzinach. To był kolejny, po zjeździe z Shishapangmy, moment, który pokazał mi, że można robić niesamowite rzeczy, a jedynym ograniczeniem jest kondycja. Im przygotowanie do wyprawy jest lepsze, tym można realizować ambitniejsze cele.
 
25 lipca 2015
Nie planowałem podróży do Pakistanu. Chciałem wyjechać do byłego Związku Radzieckiego, zdobyć pięć siedmiotysięczników, ale nie miałem na tyle dużego budżetu, aby zrealizować tę podróż w pełnym wymiarze. Stwierdziłem więc, że pojadę na Broad Peak. Było to dla mnie o tyle ciekawe miejsce, że szczyt jest wymagający narciarsko. Mimo wielu prób, jeszcze nikt z niego nie zjechał. To było wyzwanie. Tym bardziej, że chciałem wejść na szczyt szybko, bo jest tam dużo mniej kilometrów niż na Manaslu.

Polecieliśmy do Islamabadu, stolicy Pakistanu. Następnie, nie chcąc ryzykować niebezpiecznej podróży w głąb kraju, pojechaliśmy samolotem do Skardu. I dalej, do miejscowości, w której musieliśmy przepakować sprzęt. Mieliśmy bardzo ciekawe towarzystwo podczas wyprawy, ponieważ dołączyliśmy do ekwadorsko-hiszpańskiej ekspedycji. Wśród jej członków były osoby, które zdobyły już 14, 16, a nawet 26 ośmiotysięczników. Opowiadali niesamowite historie, bo całe życie spędzili na wyprawach w wysokie góry. Szybko przystąpiliśmy do aklimatyzacji. Już pierwszego dnia okazało się, że warunki narciarskie są całkiem przyzwoite. Przed atakiem szczytowym wyszliśmy jeszcze do obozu drugiego i trzeciego.  Na dole cały czas mieliśmy lodowiec, a z boku ścianę K2, która z takiego bliska robiła niesamowite wrażenie.

25 lipca, przez sporą ilość śniegu, warunki pogodowe były ciężkie. Dlatego też odpuściłem wejście czasowe. Szczyt zdobywałem z obozu trzeciego, a nie, tak jak w przypadku Manaslu, z bazy. Kiedy wychodziłem z namiotu, grupa około 40 osób właśnie rezygnowała z wejścia na górę. Nie doszli nawet do przełęczy, bo było za dużo śniegu i nie byli w stanie przebić się tak wysoko. Do tego pogoda miała się psuć po drodze. Mimo wszystko, poszedłem. Wiało tak mocno, że po dwóch godzinach wspinaczki już nie widziałem śladów ludzi, którzy zawrócili. Założyłem, że spróbuję dojść do przełęczy. Nie sądziłem, że będę wchodził na szczyt. Na przełęczy miałem przyzwoity czas. Dlatego też, wspólnie z ekipą, stwierdziliśmy, że spróbuję wejść wyżej i co godzinę będziemy podejmować decyzję, co dalej. Tym bardziej, że mieliśmy zaprzyjaźnioną agencję, która podawała nam dokładną prognozę pogody. W szczególności obawiałem się co chwilę podchodzących mgieł. Gdyby nadeszły, gdy byłem u celu, strasznie trudno byłoby mi zjechać. Na szczęście wszystko się zatrzymało i o 11.20. zdobyłem szczyt Broad Peak. O ile trudno się wchodziło, o tyle były to dobre warunki do zjazdu. W trzecim obozie zrobiło się tak ciepło, że musiałem ściągnąć kombinezon. Z 7 000 m n. p. m zjeżdżałem bez czapki i rękawiczek. W bazie byłem po około trzech godzinach.
Opracowała NATALIA PLUTA
 
Źródło: foto. Marcin Kin/andrzejbargiel.com/pl/blog
2016-08-15 11:27 2151

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.