Wtorek, 11 Grudnia 2018 - Damazego, Waldemara, Daniela

Mamy skłonności do ferowania wyroków z kanapy w salonie

MARCIN KYDRYŃSKI przez 25 lat podróżował do Afryki. Ciągle tam wraca. Opowiedział mi o swojej trudnej miłości do Czarnego Lądu, o tym jak aparat pomagał mu nawiązywać relacje z Afrykanami i dlaczego będąc tam, prawie wcale, nie tęsknił za Polską. Porozmawialiśmy też o marzeniach, wspomnieniach, słonecznej Lizbonie i uchodźcach.
Ryszard Kapuściński mówił, że „żeby zrozumieć Afrykę trzeba czytać Szekspira”. Dziś – po ponad 25 latach tam spędzonych – może pan powiedzieć, że rozumie Afrykę?
Ponieważ jestem teatrologiem z wykształcenia oczywiście czytałem Szekspira, co pomogło mi w zrozumieniu rozmaitych mechanizmów, które rządziły Afryką przez wieki. Szczególnie wyraźnie było to widoczne w wieku XX. W momencie kiedy odchodził kolonializm, a kształtowały się nowe państwa oraz społeczności afrykańskie i odbyła się dość dramatyczna walka o władzę. Głównie to miał na myśli Kapuściński nawiązując do Szekspira. Dzisiaj pewnie powiedziałby, że aby zrozumieć Afrykę trzeba obejrzeć wszystkie odcinki „Gry o tron” i „House of Cards”, bo – jak się okazuje – to nasze wieczne pragnienie władzy i dążenie do niej za wszelką cenę nie jest specyfiką wyłącznie afrykańską. 

A, jaka jest Afryka Marcina Kydryńskiego?
To jest trudna miłość. To Afryka, która spełniła (w znacznym stopniu) wiele moich marzeń o miejscu istniejącym poza czasem. O takim wiecznym trwaniu dzikiej przyrody i pierwotnych kultur, które pamiętam z wyjazdów. Ta miłość jest trudna, bo chodź Afryka wydaje mi się najbardziej uparta i konsekwentna w opieraniu się globalizacji, czy też europeizacji, najdalszych zakątków świata, wciąż zmienia się dynamicznie i dramatycznie. Czasami prowadzę dyskusje z moimi przyjaciółmi, którzy także jakiś czas bawili w Afryce. Oni widzą znacznie więcej pozytywnych zmian, podczas kiedy ja (najwyraźniej takie mam usposobienie) widzę raczej grozę i zmiany, które spowodują kompletne zniknięcie najpiękniejszych miejsc Afryki, najcenniejszych kultur i zwyczajów. Oczywiście nie odkrywam Ameryki, bo to się dzieje wszędzie za naszego życia… To jest dosyć smutne, że są pejzaże i kultury, które przetrwały tysiące lat, a nagle, na przestrzeni jednego życia, jedno pokolenie może zmieść je bezpowrotnie z powierzchni Ziemi.

Jadąc do Afryki od razu wiedział pan, że weźmie ze sobą aparat?
Tak, z tym, że jeszcze wtedy nie potrafiłem fotografować. Wydawało mi się, że to co w fotografii ważne to próba obiektywizacji, pokazania tego miejsca takim, jakie ono jest naprawdę. Nie miałem wówczas świadomości (byłem młody i płochy), że to nie jest niemożliwe. Jeśli pojedzie w to samo miejsce pięciu fotografów, z których każdy będzie miał ambicje przedstawienia rzeczywistości obiektywnej, wciąż powstaną kompletnie różne zdjęcia. To co w fotografii jest najważniejsze, to wyostrzenie własnego głosu, własnego spojrzenia. W momencie, kiedy przestałem chcieć pokazywać Afrykę taką, jaką zdawała mi się być, a opowiadać o mojej Afryce, o tym, jak ja ją postrzegam, wyciągać z rzeczywistości tylko pewne jej fragmenty i nadawać im znaczenie, zrozumiałem czym fotografia – przynajmniej w moim pojęciu – powinna być przez kolejne lata.

Wyobrażam sobie, że biały człowiek na czarnym kontynencie nie ma łatwo. Pan przychodził tam jeszcze z aparatem. Jak przekonał pan do siebie Afrykanów?  
To się bardzo zmieniało na przestrzeni mojego życia… Zacznę od pewnego truizmu – nie ma jednej Afryki. To jest cały kosmos, ogromna mozaika, bogactwo różnorodności kultur, religii, języków, zwyczajów… W tym także relacji z „obcym”, którym w tym wypadku się stawałem. Odkąd pamiętam w Afryce były miejsca, w których przyjmowano mnie wręcz niesłychanie życzliwie. Szczerze mówiąc, aparat nie tylko nie stanowił pewnej bariery między nami, a wręcz przeciwnie – był mostem, bo nie zawsze potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Zwłaszcza w pierwszych latach. Aparat stawał się pewną formą porozumienia. Ludziom, których spotykałem, dawał poczucie, że jestem nimi zainteresowany, zafascynowany. Że poświęcam im swój czas i uwagę. To było jeszcze lata przed odkryciem internetu, portali społecznościowych i tego typu przedsięwzięć, które – bardzo słusznie zresztą – spowodowały, że ludzie wobec bycia fotografowanymi są szalenie nieufni. Nawet wtedy były różne miejsca w Afryce. W książce pt. „Biel. Notatki z Afryki” wspominam Sudan. Mówię o nim specjalnie, bo to kraj islamski. Ja go pamiętam jako jedno z bardziej serdecznych i otwartych miejsc. Takich, w którym dobrze mi się fotografowało i żyło. Kilka lat później byłem w Mali. Tam, dla odmiany, nie mogłem nawet swobodnie wyciągnąć aparatu. Ostatecznie robiłem zdjęcia, przywiozłem ich mnóstwo, ale było to okupione wysiłkiem, lękiem i ogromną ilością konfliktów.

Co do tego, czy biały człowiek w Afryce nie ma łatwo, to za moich pierwszych podróży w wielu miejscach Afryki jeszcze trochę pokutował mit „białego pana”. W związku z tym (chociaż ja nie byłem żadnym „panem” – miałem 20 parę lat i żyłem za 3 dolary dziennie, z tymi ludźmi wędrowałem, jadłem, spałem, chorowałem) wciąż było coś nie tylko na kształt wspaniałego szacunku dla wędrowca z daleka, bo to jest w zupełności zrozumiale, ale także coś nieprzyjemnego w postaci respektu. Na przestrzeni ostatnich 25 lat, na terenie całej Afryki, on zniknął. Są obszary, w których miejsce respektu zajęła wrogość, niechęć, a nawet nienawiść. Trzeba dobrze orientować się w mapie kontynentu, aby nie popełnić jakiegoś błędu.

To chodzenie po bardzo grząskim gruncie…
Tak. Oczywiście biały człowiek ma w Afryce o tyle trudno, że jest znacznie bardziej kruchy w tym klimacie, wśród tamtych bakterii. Najzwyczajniej w świecie nie daje sobie rady w miejscach, w których tubylcy czują się u siebie. Najlepszym przykładem tego była moja wędrówka po dżungli w Kongu, gdzie podróżowałem z ludem Baka, którego członkowie byli malutcy (nie lubią, kiedy się o nich mówi „pigmeje”, ale tak nazywali ich nawet XX-wieczni etnografowie). Kiedy ja, będąc wielgachnym, zwalistym, prawie dwumetrowym człowiekiem, nie potrafiłem się w tej dżungli poruszać, oni (nieomal biegnąc) bez cienia wyczerpania, znajdowali drogę w tym gąszczu. W tym sensie biały człowiek ma gorzej, ale też w wielu kwestiach ma lepiej. W miejscach, w których całe społeczności skupiają cały swój wysiłek na tym, aby przetrwać do następnego dnia, tygodnia, roku, biały człowiek nie ma tego typu dylematów. Zawsze ma jakiś „plan B”. W najgorszym wypadku złapie za telefon i przyleci po niego helikopter, za który następnie zapłaci jego ubezpieczenie.

W książce pt. „Biel. Notatki z Afryki” z jednej strony oglądałam pana niesamowite zdjęcia, a z drugiej czytałam o wypadku, chorobie, pijanych pilotach – igraniu z życiem. Jak pan patrzy na te wydarzenia z perspektywy czasu? Te złe rzeczy były ceną za to, że Afryka pana tak daleko do siebie wypuściła? Wzięła coś w zamian?
Znacznie mniej wzięła niż dała od siebie. Na przestrzeni 25 lat poważnie chory byłem tylko dwa razy. Wypadków przeżyłem kilka, ale przeżyłem ich również kilka w Polsce.

Polska to, mimo wszystko, szpital za rogiem. Przynajmniej teoretycznie…
To prawda… Zawsze ta historia wypadku autobusowego (która wraca w mojej pamięci, choć starałem się ją wyprzeć), w którym zginęło wielu ludzi, przypomina mi historię maturzystów z Białegostoku, o których pisał (nawet w dwóch reportażach) Wojtek Tochman. Tam żaden „szpital za rogiem” ostatecznie ich nie uratował… Kiedy już o tym mówię, chciałbym zwrócić uwagę, na to, że historie o chorobie i o wypadku nie służą w książce opowiedzeniu: „Och, jak to było ciężko chorować, mieć wypadek”. Są pretekstem do trochę szerszych rozważań. W przypadku wypadku chociażby o tym, na ile siebie znamy, jak byśmy zareagowali w krytycznej sytuacji. W Polsce mamy skłonności do ferowania wyroków z kanapy w salonie i mówienia: „Ha, ja bym tak w życiu nie postąpił! Jak on mógł tak zrobić?!” To była sytuacja graniczna, w której mogłem się poznać. Okazało się, że nie miałem instynktu, by pomóc ludziom umierającym u moich stóp. Pierwszy mój odruch był taki, żeby wyjść z tego cało, żeby przeżyć. Dowiadujemy się tego o sobie tylko i wyłącznie w takim momencie. Teoretyzowanie na ten temat nie ma sensu.

Czy po napisaniu, złożeniu książki w całość, zastanawiał się pan: „A może to co tam napisałem jest zbyt prywatne… Może tego nie opublikuję….”?
Nie… Bardzo uważnie cenzurowałem się podczas pisania tej książki. Powiedziałem na swój temat tylko tyle, ile uznałem, że jest w dobrym tonie i bezpieczne. Nie jest to książka ekshibicjonistyczna, a te intymne przemyślenia – w mim pojęciu i zamierzeniu – służą czemu innemu… Być może też pomocy innym ludziom – dzieciarni, studentom jeśli zechcą sięgnąć po tę książkę – żeby we właściwym momencie w życiu dokonali autorefleksji, wiwisekcji. Żeby przez życie nie przechodzili nie zatrzymując się, nie zastanawiając się nad sobą. Po to były te moje wynurzenia. Nie chciałem nimi epatować. Chciałem, aby były pretekstem do rozmowy.

Będąc tutaj – patrząc na ten współczesny, europejski, polski świat – brakuje panu czegoś z Afryki? Bo to, że będąc w Afryce brakowało panu czegoś z zachodniej cywilizacji to jasne
Właśnie nie… Nie przypominam sobie, żebym w Afryce jakoś szczególnie tęsknił za Polską. Z wyjątkiem tych sytuacji, w których byłem w dramatycznych okolicznościach i faktycznie myślałem: „Jakież to byłoby cudowne, gdybym siedział w tej chwili u siebie na farmie. Zdrowy i szczęśliwy czytał sobie książki i brząkał na gitarze”.

Nie będę odkrywczy mówiąc, że w Polsce przede wszystkim brakuje mi światła. Podziwiam Marka Kamińskiego i innych naszych wielkich podróżników, którzy całe swoje życie poświęcili wędrowaniu w mroku po biegunach. Jestem kompletnie z innego świata. Jestem jak roślina, która wystawia liście w kierunku promieni, bo potrzebuje słońca, żeby przeżyć. Brakuje mi też urody ludzi. Jako fotografa bardzo mnie fascynowali, inspirowali, ludzie Afryki. Wydawali (i wydają mi się nadal) najpiękniejszymi na świecie. Polska (jak wiadomo) jest, a wszystko na to wskazuje, że będzie jeszcze bardziej, odizolowana od wszystkich, nazwijmy to, „rasowych tęcz”. Brakuje mi tu różnorodności, którą tam spotykam. Dlatego jeżdżę do Lizbony. Mam tam dom i znajduje wszystko, co znam z Afryki.

Czy, pana zdaniem, dwa światy – polski (szerzej europejski) i afrykański da się ze sobą jakoś połączyć? Czy te kultury są w stanie jakoś „zgrać się” ze sobą? Pytam o to w kontekście zapomnianego, ale wcale nie rozwiązanego, problemu uchodźców…
Nie można porównywać Afrykanów z Zanzibaru do tych z Gór Atlasu, nomadów z dżungli Konga do nomadów w Somali. Choć to ten sam kontynent, oni się bezgranicznie od siebie odlegli. I to w każdej możliwej kwestii… Jeżeli zaś chodzi o to, co sądzę w kwestii przyjmowania uchodźców, uważam, że skoro mienimy się krajem chrześcijańskim, powinniśmy być serdeczni, współczujący, empatyczni wobec drugiego człowieka. Wszelako też uważni, aby nie popełnić błędu, tzn. przyjmować ludzi autentycznie potrzebujących pomocy. Bardzo by mi zależało, aby ludzie, którzy przyjeżdżają do nas zechcieli z szacunkiem i sympatią odnieść się do naszych zwyczajów.

Portugalczycy są przykładem…
Portugalczycy są najlepszym na świecie przykładem, że to się może udać. W tej chwili co trzeci Lizbończyk jest imigrantem z któregoś pokolenia i w ogóle nie myśli o sobie w kategoriach: „Jestem z Afryki”, tylko: „Jestem lizbończykiem, Portugalczykiem”. Nas to oczywiście nie może spotkać, bo mamy kompletnie inną historię. Chciałbym, jako utopista, (może nazbyt optymistyczny) zobaczyć jeszcze kiedyś w tym kraju szczęśliwych Afrykanów, którzy urządzają sobie tutaj życie i są w stanie dobrze się z nami zasymilować. Wierzę, że jest to możliwe, ale wymaga pokoleń mądrych nauczycieli – zaczynając od rodziców i szkoły podstawowej. Jeżeli tej niechęci się nie wypleni na poziomie przedszkolnym, bo wszystkie dzieci, jak tylko widzą coś, co nie przypomina ich odbicia w lustrze, od razu są nieufne, zawsze będziemy ksenofobiczni.

Albo wysyłając ludzi masowo do Lizbony…
Z tym bym uważał, bo Lizbona już w tej chwili cierpi przez masową turystykę. To się straszliwie zmieniło na przestrzeni ostatniej dekady. W ogóle nie poznaję tego mojego miasta. Tam się żyje już jak w Wenecji. A pamiętam czasy, kiedy nie przyjeżdżał tam nikt. Do Lizbony leciało się dwoma, albo trzema, samolotami. Teraz tanie linie i ogromne statki, których wcześniej też tam nie było, przywożą tysiące ludzi dziennie. Wszyscy mają się zmieścić w wąskich uliczkach starego miasta, a to oczywiście jest niemożliwe. Lizbona, nie będąc z gumy, po prostu cierpi.

Afryka, Portugalia czy Polska – gdzie jest pana miejsce na Ziemi?
Moje miejsce jest tutaj. Choć nie jestem tu umoszczony z wielu względów – klimatycznych przede wszystkim, ale i cywilizacyjnych, historycznych, politycznych… Nie czuje się tu, zwłaszcza teraz, dobrze. Natomiast, staram się myśleć o świecie (i sobie w nim) w kategorii „rodziny człowieczej”. Chciałbym się dobrze czuć w każdym miejscu na Ziemi. W znacznym stopniu zależy to ode mnie. Od mojej otwartości, elastyczności, uważności na potrzeby drugiego człowieka. Staram się w każdym miejscu, w którym się znajduję, czuć się jak najlepiej.

Tęskni pan za Afryką?
Oczywiście, ale zawsze sobie myślę, że w tych tęsknotach i marzeniach ona jest piękniejsza niż w rzeczywistości. Pilnuję się, żeby nie zapominać o tym, jak było mi tam ciężko pod każdym względem. Że to nie było tylko rajskie życie. Kiedy oglądamy film pt. „Pożegnanie z Afryką”, który, między nami mówiąc, był w znacznym stopniu współodpowiedzialny za moją fascynację tym kontynentem, musimy pamiętać o tym, że on trochę przekłamuje. Pokazuje wspomnienia, a te zawsze użyczają czaru. Nawet w książce u Karen Blixen, a zwłaszcza w jej listach, widać, jakie to były lata – dramatyczne, trudne, a ostatnich pięć wręcz tragicznych. Warto zawsze pamiętać, aby nie idealizować tych obrazów. Ja staram się to robić. Gdybym tego nie robił – oszalałbym z tęsknoty. 

Ma pan jeszcze jakieś podróżnicze marzenia?
Chciałbym kiedyś mieć bardzo dużo pieniędzy, czasu i świętego spokoju, żeby spróbować pojechać do Afryki. Najchętniej tej „saharyjsko-sahelowej”, która daje mi zawsze dużo oddechu i szansy do zastanowienia się nad życiem. Kiedy wzrok nie napotyka na wiele szczegółów, zwraca się ku górze i człowiek myśli transcendentnie…

Rozmawiała NATALIA PLUTA
 
Marcin Kydryński o książce „Biel. Notatki z Afryki”:
W znikomym stopniu jest książką polityczną, historyczną. Jeżeli jest to absolutnie niezbędne, w skrócie przywołuję co bardziej dramatyczne, krwawe, ale nie oszukujmy się – barwne historie z afrykańskiego kontynentu. Głownie po to, aby dać kontekst do moich intymnych, prostych opowieści o ludziach, którzy muszą dalej w tej rzeczywistości – tak boleśnie dotkniętej – funkcjonować. To jest książka w mniejszym stopniu o Afryce, a w większym (proszę wybaczyć pewną górnolotność) o życiu. Podróżując po tym kontynencie spędziłem 25 lat, dlatego też wiele olśnień, doświadczeń, wzruszeń, przełomowych chwil, dzisiaj kojarzy mi się właśnie z Afryką. Ta książka to taki bardzo długi spacer, który trwa ćwierć wieku i prowadzi nas przez ponad 30 krajów afrykańskich. Podczas tego spaceru rozmawiamy o miejscach, które mijamy, spotykamy ludzi, dowiadujemy się czegoś o nich, ale równie dobrze korzystamy z pretekstu, jaki daje nam wędrowanie, by rozmawiać o religii, muzyce, okrucieństwie, człowieczeństwie, relacjach rodziców z dziećmi, miłości, zmysłowości… O wielu sprawach. To jest książka (mam taką wielką nadzieję) niekonwencjonalna. Gdybym miał w sobie tyle tupetu, aby pisać historię Afryki z punktu widzenia badacza, historiozofa, etnografa itd., byłoby to przedsięwzięcie samobójcze. Moja biblioteka książek afrykańskich liczy sobie setki tomów. Jestem nieomal pewien, że wszystko na ten temat już zostało napisane i to co teraz – trochę tak jak w fotografii – jest najciekawsze to intymne relacje. To jest to, czym dla kogoś, kto tam spędza swoje życie, Afryka jest i jak możemy o niej (a tym samym o sobie) opowiedzieć jak najciekawiej. 
Źródło: foto. Materiały Prasowe
2017-12-28 14:52 280

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.