Środa, 12 Grudnia 2018 - Dagmary, Aleksandra, Ady

Mata do jogi wylądowała na dnie plecaka

KASIA DZIEKAŃSKA na co dzień prowadzi studio Samsara Joga w Jarocinie. W wolnych chwilach odkrywa nowe światy i ludzi. Niedawno wróciła z miesięcznej podróży do Azji. Już drugiej. Tym razem zwiedziła południowo-wschodnią część tego największego kontynentu na Ziemi. Opowiedziała nam o swojej eskapadzie i przygodach. Narobiła smaku na tajską kuchnię i odkryła zawiłości tamtejszej kultury.

Zwiedziłaś cztery państwa Azji. Jakie i dlaczego wybór padł właśnie na te?
Osiem lat temu byłam na dłużej w Indonezji. Od tamtej pory marzyło mi się, aby tam wrócić i zwiedzić Azję Południowo-Wschodnią. Przy pracy na etacie trudno było wziąć dłuższy urlop. Teraz, gdy prowadzę własną działalność, mogłam pozwolić sobie na takie dłuższe wakacje (cały grudzień) i pojechałam. Od Singapuru przez Malezję do Tajlandii, a dokładniej do Bangkoku. Zahaczyłam też o Indonezję, gdzie odwiedziłam znajomych. 

Jak przygotowywałaś się do podróży?
Nie jestem ekstremalnym podróżnikiem, który wybiera się na stopa, bez wcześniejszego planu. Zaszczepiłam się, aby nie przywieść jakiejś niechcianej pamiątki z wakacji. Kupując bilety do Singapuru i z Bangkoku wyznaczyłam sobie ramy czasowe podróży. Opracowanie tego, co chciałabym w tym czasie zobaczyć, gdzie się zatrzymać, zajęło mi około trzy miesiące. Co wieczór siadałam przed komputerem i planowałam. Chciałam odwiedzić miejsca, które niekoniecznie są na podróżniczej topliście. Choć i tych nie zabrakło. „Zaliczyłam” zabytki i świątynie z listy UNESCO oraz kilka najpopularniejszych miejsc, ale starałam się wyszukiwać mniej uczęszczane i oblegane. Tak znalazłam Ko Phayam – małą, tajską wysepkę usytuowaną na zachodnim wybrzeżu. Nie ma tam tłumów ani mnóstwa atrakcji dla turystów. Nie ma samochodów (funkcjonuje motor-taxi) ani wielkich hoteli z basenami. Budynki są niewielkie, głównie bambusowe. Prąd wyłącznie z generatorów, a więc występują przerwy w dostawie. Znalazłam tam to, czego szukałam – spokój i ciszę.

Jakimi ludźmi okazali się spotkani przez ciebie Azjaci?
Bardzo otwartymi i sympatycznymi. Kiedy osiem lat temu pojechałam tam pierwszy raz przekonałam się, że mimo iż w Indonezji 90 proc. ludzi to wyznawcy islamu, nie ma powodu, żeby się ich bać. Azjaci są ogromnie gościnni, szczerzy, otwarci i opiekuńczy. Proponując taksówkę zamiast autobusu nie zawsze chcą naciągnąć turystów. Kiedy wysiadłam z promu w Tajlandii, pan taksówkarz nie tylko zawiózł mnie na dworzec ale po drodze zadzwonił tam i sprawdził czy są jeszcze miejsca w autobusie. Na miejscu jeszcze dopilnował żeby sprzedali mi odpowiednie bilety. Nawet jak nie mówią dobrze po angielsku i tak starają się pomóc. Np. recepcjonista w jednym z hosteli w Tajlandii po angielsku umiał powiedzieć tylko: „You pay me” („zapłać mi” – przyp. red.), ale już na moje, bardziej szczegółowe pytania dotyczące rozkładu jazdy autobusów, nie potrafił odpowiedzieć. Po prostu zabrał mnie motorem na dworzec żebym sama się dogadała. W naszych rozmowach pomagał też Google translator (śmiech).

Co cię zachwyciło w odwiedzonych miejscach?
To, co niezmiernie zachwyca mnie w Azji Południowo-Wschodniej, to niesamowita tolerancja. W Europie, co mnie boli, bardzo tego brakuje. A tam, w jednej dzielnicy, potrafią obok siebie stać meczet, hinduska świątynia oraz kościół chrześcijański i nikt nie patrzy na siebie krzywo. Na murach nie powypisywano, jak ma to miejsce w Polsce, niepochlebnego graffiti. Na ulicach nie widzi się niechęci i nietolerancji. Nie mówię, że tego nie ma, ale ja się z tym nie spotkałam. W Tajlandii i Indonezji jest wiele tzw. „ladyboy-ów”, czyli osób obojga płci, transwestytów. W sklepach pracują osoby, które wyglądają jak kobiety, a mają męskie identyfikatory i nikt nie ma z tym problemu. Ludzie robią zakupy i nikogo nie obrażają, nie dziwią się. To jest naturalne. Lubię tę atmosferę, ten luz, ale też kolory, zapachy… No i jedzenie oczywiście! Bardzo dobrze czuję się w Azji.

A czy coś cię zaskoczyło?
Zaskakuje mnie niezmiernie jak Azjaci potrafią być otwarci i bezproblemowi. To jest niesamowite! Kiedy przez internet poznałam chłopaka z Singapuru, potrafił po mnie przyjechać na motocyklu i przewieść po całym mieście. Co prawda, kiedy wsiadałam na motor, przemknęło mi przez myśl: „ciekawe czy wrócę do hostelu”, ale było już trochę za późno, żeby się wycofać (śmiech). Nic mi się nie stało! Nie raz trzeba być po prostu otwartym tak jak oni (śmiech). Wiadomo, że podróżując samemu trzeba uważać. Nie tylko w Azji. Nie kusiłam więc losu. Nie zapuszczałam się tam, gdzie mówiono mi, żeby lepiej nie chodzić. Kiedy słyszałam, że w to miejsce trzeba się ubrać inaczej niż zrobiłabym to w Europie, respektowałam te obostrzenia. Nie chciałam wzbudzać dodatkowej sensacji tym, że nie szanuję tamtejszych tradycji.

Gdy cię słucham, wydaje mi się, że Azja jest dla odważnych…
Nie powiedziałabym, że Azja jest dla odważnych ludzi… Raczej dla otwartych. Wiadomo, że są między nami różnice kulturowe, ale wystarczy ich po prostu przestrzegać. Tam gdzie trzeba, ubierać długi rękaw i spodnie z długimi nogawkami, mimo że my byśmy się rozebrali, bo jest gorąco. Nie wolno bać się potraw przygotowywanych na ulicach, mimo że ich sporządzanie nie zawsze spełnia  nasze standardy higieniczne, ale są pyszne (śmiech). I tylko tak można spróbować prawdziwych azjatyckich smaków. Jeżeli ktoś jest bardzo przewrażliwiony, boi się czymś zarazić, że coś mu się stanie, nie ma sensu by stresował się takim wyjazdem. W Azji trzeba mieć w sobie luz. Tam funkcjonuje się inaczej niż w Europie. Nie można, przede wszystkim, tworzyć sobie presji zobaczenia wszystkiego i kurczowego trzymania się planu. Autobus odjeżdża dopiero wtedy, gdy na pokładzie zbierze się odpowiednia liczba osób… Gdzieś się nie dojedzie bo jest tam akurat święto… Niektórych rzeczy się nie przeskoczy. Należy się na to przygotować i nie stresować.

Podobno z podróży najłatwiej zapamiętać nam smaki. Jesteś pasjonatką zdrowej kuchni i eksperymentów kulinarnych. Jak w tej sferze wyglądało twoje zwiedzanie Azji?
Oczywiście, że była to też podróż kulinarna. Za smakami, które pamiętałam z poprzedniego wyjazdu. Za tymi, które spróbowałam w restauracjach w Polsce i mogłam je porównać z miejscowymi oryginałami. Kuchnia azjatycka fascynuje mnie od dawna. Nie mogę powiedzieć, że lubię te ich strasznie ostre potrawy i sosy (nie mam aż takiej tolerancji jak Azjaci, których każda potrawa wręcz pali w żołądku), ale kompozycje smakowe są naprawdę rewelacyjne, a tajska kuchnia jest uznawana za najlepszą na świecie. Słodycz mleczka kokosowego z ostrością chili, trawą cytrynową, kafirem (małymi owocami przypominającymi limonkę – przyp. red.), imbirem rozpływa się w ustach… No i przede wszystkim te świeże owoce! Dorodność mango, ananasów, arbuzów, papai... Wręcz zachwyca! Na targu można je dostać za grosze. Odwiedziłam więc wszystkie możliwe bazary. Najbardziej lubiłam kupować od sprzedawców, którzy mieli wózek, na nim lód, a w lodzie owoce. Kupowało się już poporcjowane, w woreczku. Do tego patyczek i od razu można było się nimi zajadać.

Eksperymentujesz z tymi smakami po powrocie, w domu?
Oczywiście. Uwielbiam zupy więc często robię zupę tajską. Brakuje rzecz jasna świeżości owoców morza i warzyw, tamtych smaków, ale co nieco udaje mi się odwzorować. Niektóre azjatyckie potrawy są bardzo proste w przygotowaniu. Wystarczy zgromadzić kilka przypraw, m.in. sos ostrygowy, rybny, sojowy, które są już dostępne w naszych sklepach i próbować.

Na co dzień prowadzisz studio jogi w Jarocinie. Podróż do Azji to była więc wyprawa wyłącznie wakacyjna czy także w poszukiwaniu nowych doświadczeń zawodowych?
Pół na pół. Joga musiała pojawić się w podróży. Mata wylądowała na dnie plecaka. Na początku myślałam, że zrobię tam kolejny kurs nauczycielski, ale zabrakło mi czasu. Koniec końców odwiedziłam azjatyckie szkoły jogi i przyglądałam się, jak prowadzone są zajęcia. W Bangkoku udało mi się uczestniczyć w warsztacie jogi prowadzonym przez Petri Raisanena z Finlandii, znanego w świecie jogi.

Czy w wyniku podróży do Azji twoje podejście do jogi się zmieniło?
Joga, tak samo jak Azja, cały czas mnie zachwyca. To, że miałam kontakt z nauczycielami z innej kultury było niezapomnianym przeżyciem. Azjatyccy jogini mają zupełnie inną budowę ciała – krótsze nogi i dłuższy tułów, przez co łatwiej im wykonywać niektóre pozycje. Wspaniale obserwowało mi się ich przy pracy i z każdych takich zajęć, czy spotkań, wyniosłam coś nowego. Nawet zaczęłam tęsknić za moimi joginami, żeby się z nimi tymi nowościami podzielić (śmiech).

Chciałabyś jeszcze wrócić do Azji?
Oczywiście. Już zbieram fundusze i planuję kolejną podróż. Może Birma? Może Kambodża?...

Za kilka lat czy za kilka miesięcy?
Myślę, że w przyszłym roku. Bardzo bym chciała.

A może mogłabyś tam zamieszkać na dłużej?
Nie. Azja, mimo całej wspaniałości, ma swoje wady… Lubię tam pobyć. Nacieszyć się, najeść, naładować baterię. Osiem lat temu w Indonezji byłam pół roku i, choć miałam kontynuować podróż, wróciłam do Polski. Byłam strasznie zmęczona tą, inną niż nasza, mentalnością. Brakowało mi przyjaciół i rodziny. A nawet europejskiego poczucia humoru i swobody. Przez to, że Indonezyjczycy mają swoją tradycję i religijność, zupełnie inaczej funkcjonują. Są bardziej infantylni w relacjach, wiele rzeczy jest zabronionych, filmy są cenzurowane, kobiecie nie wypada się włóczyć samotnie wieczorami… W końcu człowiek ma wrażenie, jakby się cofnął w rozwoju (śmiech). Kiedy jedyną atrakcją jest pójście na karaoke czy do centrum handlowego, zaczyna brakować zwykłego wyjścia na piwo czy koncert, jeżdżenia rowerem, spacerowania…Tam w większości miast nie ma chodników bo nikt nie chodzi… Po co jak można pojechać skuterem?… (śmiech) No i teraz nie zostawiłabym moich joginów na tak długo… (śmiech)

Rozmawiała NATALIA PLUTA
Źródło: Foto. Archiwum prywatne K. Dziekańskiej
2018-04-03 13:22 269

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.