Wtorek, 11 Grudnia 2018 - Damazego, Waldemara, Daniela

Młodych trzeba przeprowadzić do dorosłej literatury

Jak wyglądają treningi telekinezy? Dlaczego w ekranizacji powieści pt. „Felix, Net i Nika i teoretycznie możliwa katastrofa” bomba wybucha na statku wycieczkowym, a nie na London Eye? W czym science fiction jest lepsze od fantasy? Dlaczego Stanisław Lem jest świetny, ale nie dla wszystkich? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań od RAFAŁA KOSIKA – pisarza science fiction – uzyskały Martyna Plisenko i Justyna Daniel.

Na rynku jest już 14 tomów o przygodach Felixa, Neta i Niki. 15 się pisze. Skąd takie tempo twojej twórczości? Wydawałoby się, że powinno być rok po roku – tak jak rosną twoi bohaterowie. Pierwsza powieść trwa tyle co rok szkolny. Druga już tylko pół godziny…
Tam jest nawet minus kwadrans, bo bohaterowie cofają się w czasie i lądują przed startem historii. Gdyby czas powieści zgadzał się z czasem rzeczywistym, bohaterowie mieliby teraz… 28 lat. Zrobiłby się z tego inny gatunek literacki. Tak jakby Bolek i Lolek dojrzeli… Poza tym, akcja sensacyjna wymusza szybszy upływ czasu. Jest dynamicznie.

W „Felix, Net i Nika i Gang Niewidzialnych Ludzi” Net stwierdza, że przy pomocy sztucznej inteligencji Manfreda będzie ściągał na sprawdzianie. Nika mu tłumaczy: „Jak będziesz ściągał, a się nie uczył, będziesz kretynem”. Czy dla ciebie aspekt dydaktyczny w powieści jest ważny?
Staram się stosować, jak przeczytałem w jednej z recenzji, „nienachalną dydaktykę”. Ona mi wychodzi przy okazji. Powieść musi mieć treść. Coś, poza akcją, musi w niej być – jakieś głębsze przesłanie. I to jest to, co mi się wymskuje.

Felix jest gadżeciarzem, domorosłym wynalazcą. Neta nazwalibyśmy aspołecznym. Nika, gdy się wkurzy, umie przesuwać przedmioty na odległość. To są postacie wyróżniające się na tle innych dzieciaków, a w tym wieku najważniejsza jest akceptacja grupy. Oni odstają i w ogóle nie starają się o akceptację. Czy to jest zamierzony cel promocji indywidualizmu, trzymania się własnych przekonań?
Oni są trochę niestandardowi, ale takiego bohatera wymaga powieść. Gdyby opisać tydzień z życia kogoś z nas, nie byłoby to specjalnie ciekawe. Czytelnicy, którzy sięgają po książkę (jakby nie było, trochę rozrywkową) oczekują, że przeczytają coś innego niż to, co mają na co dzień. Dlatego ci bohaterowie nie są do końca standardowi. Podciągnąłem ich kontrast, aby pewne cechy – pozytywne i negatywne – pokazać dokładniej. Chodziło także o to, aby pokazać, że nie warto za bardzo przejmować się akceptacją grupy i pozostać sobą.

Kiedy czytam opisy postaci, zawsze się zastanawiam, ile w Felixie jest ciebie? Jesteś w końcu niesamowitym gadżeciarzem…
Rzeczywiście trochę w Felixie jest ze mnie. Trochę w Necie jest mnie… W Nice chyba najmniej…

Chyba, że masz umiejętność telekinezy…
Kiedy byłem bardzo mały, próbowałem przesuwać przedmioty. Nie wychodziło mimo treningów.

Swoją drogą, na czym polegają treningi telekinezy?
Siadasz. Patrzysz się w kubek i próbujesz zrobić tak, żeby się przesunął.

Może wybrałeś za ciężki obiekt?
Z plastikowymi kubeczkami też próbowałem i również nie szło.

Pisząc „Felix, Net i Nika i Gang Niewidzialnych Ludzi” zakładałeś, że będzie to przygoda kilkunastotomowa?
Kiedy pisałem pierwszy tom, ostrożnie zakładałem, że może napiszę kontynuacje… Pierwotnie każdy rozdział miał być osobnym opowiadankiem. To, że połączyłem je w całość fabularną, zostało wymuszone… Zaczynałem pisać dla mojego syna, żeby mu czytać do snu. Okazało się, że gdy wątki połączę ze sobą w powieść, wychodzi coś całkiem fajnego. Nieskromnie, spodobało mi się to co napisałem. Dałem do przeczytania kilku znajomym, którzy mieli dzieci w podobnym wieku. Okazało się, że im to też się podoba. Wydaliśmy książkę. Wtedy okazało się, że ona podoba się też większej liczbie ludzi. Napisałem drugi tom, który spodobał się nawet bardziej niż pierwszy (uwaga odautorska – drugi jest fajniejszy od pierwszego, ale to niestety pierwszy tom jest lekturą).

A jak zareagowałeś na ekranizację „Felix, Net i Nika i teoretycznie możliwa katastrofa”? Jesteś z niej zadowolony?
Scenariusz pisałem sam, ale uczucia mam mieszane… Zwykle to jest tak, że autor powieści daje licencję na napisanie scenariusza i ekranizację. W ogóle się tym nie interesuje. Postanowiłem trochę bardziej tego dopilnować. Napisałem scenariusz. Od samego początku, przez większość czasu, byłem na planie filmowym. Byłem także w studiu, które, przez prawie półtora roku, robiło efekty specjalne. Konsultowałem finalny montaż… Na każdym z tych etapów widziałem, że wychodzi coś zupełnie innego niż ja chciałem, żeby wyszło. Produkt końcowy prawie w ogóle mi się nie podobał. Ale kiedy poszedłem do kina, (a byłem na tym filmie chyba ze 30 razy, bo część spotkań autorskich była połączona z jego projekcją), zauważyłem, że dzieciom się podobał. Skoro im się podobał, może wcale nie jest taki zły?... Na pewno wolałbym, aby trochę inaczej wyglądał – tak, aby oprócz tego, że podoba się dzieciakom, podobał się też dorosłym, ale się nie dało.

Jest np. taka scena w Londynie, gdzie bohaterowie przenoszą się z użyciem teleportera. Zły charakter dopada ich na statku wycieczkowym. Zamyka na pokładzie widokowym i podkłada bombę. Nie mają się jak wydostać. To trochę idiotycznie wyszło, bo z takiego statku można się uwolnić na 100 sposobów – wybić szybę, drzwi wyłamać… Zrobić cokolwiek. Pierwotnie bohaterowie mieli znaleźć się z tą bombą w kapsule London Eye. Kapsuły diabelskiego młyna są wywożone na wysokość, bodajże, 140 m. Podróż trwa około pół godziny. Nie ma jak wysiąść. Tam ta bomba miała sens. Tylko, że jak ekipa filmowa pojechała do Londynu okazało się, że dyrekcja London Eye przeczytała słowo „bomba”. Powiedzieli, że bardzo przepraszają, ale nie da tego nakręcić. Trzeba było na szybko coś wymyślić, bo scena z bombą była konieczna. Poprawki do scenariusza musiałem zrobić w trzy godziny. To jeden z przykładów, jak życie potrafi zepsuć całkiem sensowny pomysł.

Film jest adaptacją książki „Felix, Net i Nika i teoretycznie możliwa katastrofa”, ale to nie jedyny scenariusz, który powstał na kanwie twojej powieści. Scenariusz do „Felix, Net i Nika i Gang Niewidzialnych Ludzi” zdobył nagrodę w polsko-włoskim konkursie na scenariusz filmu dla młodego widza. Jak to się stało, że scenariusz, który dostał nagrodę nie został zrealizowany, a za to powstał film na podstawie drugiego tomu przygód Felixa, Neta i Niki?
Świat filmowy to jest temat na, nawet nie niejedno spotkanie, napisanie wielotomowej powieści. Zgłosiła się do mnie Telewizja Polska mówiąc, że chcą zrobić 13-odcinkowy serial na podstawie pierwszego tomu i, abym napisał scenariusz. Zrobiłem to, ale telewizja publiczna, niezależnie od tego, która ekipa rządzi, zawsze ma problem z kasą. Projekt nie powstał, ponieważ był zbyt drogi. Jest to powieść fantastyczna – ma dużo efektów specjalnych potrzebne jest kilka lokalizacji, a obejrzy to tyle samo ludzi, co telenowelę, która kręcona jest w jednym mieszkaniu. Kompletnie się nie kalkuluje, dlatego projekt upadł… Drugi tom miał być ekranizowany przy okazji kręcenia tego pierwszego. Film „przy okazji” wyszedł, a serial nie. Miał być adaptowany jeszcze siódmy tom, czyli „ Felix, Net i Nika i trzecia kuzynka”, ale sprawa wysypała się o to, że efekty specjalne są za drogie na polskie warunki.

Adaptacja filmowa nie może być 1:1 tym, co jest w książce, bo będzie trwała milion godzin i stanie się nudna. Trzeba poskracać. Czy tobie, jako autorowi, łatwo jest potraktować w ten sposób własną powieść? 
No nie. Właściwie powinien to robić ktoś inny – człowiek wzięty z zewnątrz, który czyta scenariusz bez emocjonalnego zaangażowania, poprawia go i mówi, co trzeba wyciąć. Autorowi trudno to zrobić, bo jest przywiązany do fabuły, ale się udaje. A cięcia jest naprawdę dużo… Film powinien mieć maksymalnie 90-95 minut, a gdyby wziąć dowolny tom „Felixa, Neta i Niki” i przełożyć akcję, wychodzi około 10 godzin. Nikt by tego nie obejrzał. Najlepsze filmy powstają więc z opowiadań, albo powieści, z których da się wyciągnąć jeden wątek, a pozostałe wyrzucić. Adaptacja powieści polega głównie na cięciu niepotrzebnych wątków…

Trzeba tylko jeszcze zdecydować, które są niepotrzebne…
Dlatego też w pisaniu scenariusza do „Felixa, Neta i Niki i trzeciej kuzynki” pomagało mi kilka osób. One były głownie od tego, żeby wyrzucać to, co jest niepotrzebne. 

Byłeś w stanie się z tym jakoś pogodzić?
Musiałem. W końcu projekt udało się zamknąć. Scenariusz jest skończony, ale nie zrealizowany. Może kiedyś…

Powieści z serii „Felix…” to pełne spektrum motywów, tematów, przedmiotów, które są leitmotivami fantastyki, science fiction. Mamy tam podróże w czasie, teleportację, duchy, latające spodki, roboty, sztuczną inteligencję. Czy to było zamierzone?
To mnie interesuje, umiem to pisać… Czasami pytam czytelników, co chcieliby przeczytać w „Felixie…” – tak, żeby wyczuć nastrój. Często pojawiają się wątki romantyczne. Nie jestem dobry w pisaniu romansów, ale stwierdziłem, że skoro mam na pokładzie żonę, która jest redaktorem serii, to wymyśli mi wątek romantyczny, a ja go wrzucę do historii. Wymyśliła. Wątek romantyczny miał być osią fabularną całej kolejnej części „Felixa…”… Przeprowadziłem go przez pierwszy rozdział, zamknąłem i dalej pisałem to, co chciałem. Ja po prostu lubię fantastykę.

O serii można było usłyszeć, że to „polska odpowiedź na <>, czy ty się z tym zgadzasz?
Jedyne co jest wspólne to to, że bohaterowie są nastoletni i chodzą do szkoły, a to można powiedzieć o każdej młodzieżowej powieści. „Harry Potter” zasadniczo różni się od „Felixa…”, bo to jest zupełnie inny gatunek literacki – fantazy – czarodzieje, smoki, wróżki. „Felix…” to bardziej science fiction, czyli zahaczenie naukowe, nierzadko humorystycznie potraktowane.

Co cię bardziej fascynuje w świecie science fiction niż fantasy? Nie lubisz smoków?
Smoki zieją ogniem, jedzą ludzi, no to ich nie lubię. W science fiction podoba mi się wewnętrzna spójność i logika świata. Wszystko się tłumaczy, a przynajmniej – w dobrej fantastyce – powinno. Można się czegoś dowiedzieć o świecie. W fantasy autor może napisać wszystko co chce i dorobić do tego dowolną teorię. Rzadko zdarza się, aby w fantasy mechanika magii została wytłumaczona – na jakich zasadach się opiera cały świat. Chociaż, kiedy lata temu czytałem Tolkiena, nie przeszkadzały mi smoki, bo te książki są dobrze napisane.

Mamy 14 tomów przygód Felixa, Neta i Niki. 15 się pisze. Bohaterowie mają 15-16 lat, czyli tak naprawdę możesz ich jeszcze spokojnie przeprowadzić przez liceum…
Właśnie idą do liceum. Najnowszy tom jest o tym, że przyjeżdżają do trzeciej gimnazjum i dowiadują się, że idą do liceum. Wiem, że reforma edukacji tak nie wygląda, ale wydało mi się to bardzo zabawne, że poszli do jednej szkoły, a wylądowali w innej.

Do jakiego momentu wiekowego bohaterów planujesz prowadzić tę serię?
W jednym opowiadaniu, które napisałem, bohaterowie są dorośli… Nawet powiedziałbym, że są emerytami, bo tłem akcji jest Warszawa roku 2060. Mam dużą rozpiętość, aby wymyślić co się dzieje między kończeniem liceum, a początkiem emerytury. To jest temat na kolejne powieści. A tak poważnie, będę tę historię pisał dopóki będę miał pomysły i dopóki seria będzie się czytać.

Mówisz, że sam lubisz fantastykę. Rozumiem, że Stanisław Lem jest dla ciebie ważną postacią. Dlaczego tak mało doceniany jest przez polskich czytelników, a tak bardzo na Zachodzie?
Nie wiem, czy Lem jest tak bardzo doceniany na Zachodzie… Gdy wchodził szósty „Harry Potter”, w weekend premiery w języku angielskim zostało sprzedane więcej tomów jego przygód niż kiedykolwiek wszystkich książek Stanisława Lema. To jest literatura dosyć trudna. Trzeba trochę znać się na technice, bo Lem potrafi dać pięciostronicowy opis tego, jak działa jakieś urządzenie. W dodatku nieistniejące. To trzeba lubić, a mało osób ma tę wrażliwość, która pozwoli im taki opis przeczytać z przyjemnością.

Świadczą też o tym nieudane ekranizacje jego książek zrobione przez Amerykanów…
„Solaris” był ekranizowany trzy razy i żaden film nie jest nawet zbliżony do tego, czym jest ta powieść. „Solaris” uważam za najlepszą polską powieść, którą kiedykolwiek przeczytałem. Nawet, gdy wyrzuci się stamtąd całą technologię, jest to dobra powieść psychologiczna. Tam akurat Lem dobrze stworzył bohaterów. Zwykle traktował ich trochę „per noga”…

Zgadzasz ze zdaniem Lema, że jeśli weźmiesz powieść (bądź opowiadanie) i wyrzucisz z niej wszystkie elementy świadczące o fantastyczności, a ona nadal się broni, nie jest fantastyką?
Nie wydaje mi się, żeby to był jakiś wymóg, bo powieść ma trzy warstwy. Czytelnik każdą z nich powinien być w jakiś sposób ukontentowany. Jeżeli ktoś nie lubi technologii, czytając dobrą powieść fantastyczną, powinien znaleźć przyjemność w bohaterach, doceniając sprawny język. Gdy ktoś nie lubi przynudzań pseudo psychologicznych, powinno mu się spodobać tło historyczne… Lem był fanatykiem technologicznej literatury, a ta bez fantastyki się nie broni.

Mówisz o języku powieści. W pierwszym tomie przygód Felixa, Neta i Niki, kiedy bohaterowie są bardzo młodzi, ich język jest delikatny. Powiedziałabym nawet ugrzeczniony. Wtedy to jest jeszcze zrozumiałe, ale bohaterowie rosną. Pomimo tego, że są już w gimnazjum, w twoich powieściach nie ma żadnych przekleństw. Dlaczego?
Tak mam normalnie, w życiu. Chyba, że musze opowiedzieć kawał, w którym jest przekleństwo, to robię to z przykrością. Normalnie nie przeklinam. Bohaterowie też. Nawet w powieściach dla dorosłych nie używam za dużo wulgaryzmów. Czasem jest ich za mało. W mojej najnowszej powieści „Różaniec” redaktor – prywatnie moja żona – dopisywał przekleństwa. Nie mam tych słów w języku mówionym, więc nie wchodzą mi do tekstu literackiego. 

To, że inaczej pisze się dla dorosłych, a inaczej dla dzieci, jest dość oczywiste. A dla której grupy wiekowej pisze ci się łatwiej? Albo przyjemniej?
Dla wszystkich pisze mi się przyjemnie. Pisanie jest tym rodzajem zajęcia, którego nie da się robić na siłę (teoretycznie się da, tylko wyjdzie coś bardzo słabego)… Ono wynika z emocji. Te, które autor ma podczas pisania, przechodzą na papier. Jeżeli byłbym znudzony, albo by mi się nie podobało, taki później byłby efekt. Mam dysk komputerowy pełen tekstów, które przestały mi się podobać. One nie są skończone i nie ujrzą światła dziennego. W przypadku „Felixa…” pisanie jest ciekawsze. Tam można trochę poszaleć. Z resztą, każdy tom „Felixa…” jest trochę innym gatunkiem literackim. Jedne to bardziej horrory, drugie science fiction, a jeszcze inne kryminały. Piszę taki tom, na jaki właśnie mam nastrój. W przypadku pisania „Amelii i Kuby” dla młodszego czytelnika, muszę się pilnować, aby nie użyć słów, które są trudne, nie opisać sytuacji skomplikowanych – takich, których ta grupa docelowa nie zrozumie. W przypadku książek dla dorosłych, one muszą być napisane bardziej na serio.

A zdarza ci się, że na spotkaniach autorskich podchodzi do ciebie młody czytelnik i mówi: „Proszę pana, zacząłem czytać „Felixa, Neta i Nikę”, zainteresowałem się fantastyką i teraz czytam Harisona?
Oczywiście. Mam taką misję, aby młodych czytelników przeprowadzić do dorosłej literatury. Niekoniecznie fantastyki, ale żeby nie przestali czytać. To się udaje.

Gdybyś miał wymienić trzy tytuły z fantastyki szeroko pojętej, które powinien znać każdy, co by to było?
Na pewno „Solaris” – psychologiczna powieść science fiction… „Hobbit”, jako przykład klasycznego fantasy… I trzecia… Może „Muminki”?

Rozmawiały MARTYNA PLISENKO i JUSTYNA DANIEL
Źródło: foto. Materiały Prasowe
2017-12-28 15:39 273

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.