Piątek, 17 Sierpnia 2018 - Zanny, Mirona, Jacka

Szkoła bez zadań domowych – czy to możliwe?

Polscy uczniowie mają za dużo zadań domowych – tak twierdzą – oczywiście – dzieci, nierzadko rodzice, a coraz częściej nauczyciele. Przeczucia potwierdzone zostały analizą przeprowadzoną przez Instytut Badań Edukacyjnych. Problem nadmiaru zadań domowych zauważył sam Rzecznik Praw Dziecka. Marek Michalak już dwukrotnie pisał w tej kwestii do Minister Edukacji Narodowej. Na razie Anna Zalewska pozostaje niewzruszona na jego argumenty. Równocześnie jest w Polsce szkoła systemowa, która z problemem sobie poradziła. - Mamy pewne sukcesy. Przede wszystkim szczęśliwe dzieci, które lubią szkołę i lubią do niej chodzić – mówi Wioletta Krzyżanowska, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 323 w Warszawie.

Zadania domowe mają swoje plusy. W uczniach kształtują umiejętności kreatywnego myślenia, wyrabiają nawyk uczenia się, uczą organizacji czasu i samodyscypliny, a także – a może przede wszystkim – utrwalają wiedzę zdobytą podczas lekcji. To jest jedna strona medalu. Prace domowe mają też swoje minusy i – jak się okazuje – jest ich całkiem sporo. Według ich przeciwników zadania domowe męczą uczniów psychicznie i fizycznie, ograniczają czas na własne zainteresowania, mogą być przyczyną konfliktów w rodzinie, a dzieci tracą zainteresowanie poznanym materiałem. Zadawać więc czy nie zadawać?

Zadnia domowe nie zwiększają osiągnięć
Z raportu Instytutu Badań Edukacyjnych wynika, że uczniowie nad odrabianiem prac domowych codziennie spędzają co najmniej trzy godziny. W tygodniu szkolnym jest to więc aż 15 dodatkowych godzin nauki, Ich rówieśnicy w Finlandii na odrobienie zadania domowego poświęcają tylko trzy godziny tygodniowo.  - Być może chodzi nie o zasadność zadawania zadań domowych, a sposób ich zadawania i weryfikowania – zastanawia się Beata Włoch. - Prawda, jeżeli chodzi o zadania domowe, jest taka, że uczniowie ich nie kochają. Kręcą nosem, marudzą, nie chcą, nie podoba im się to, jest to dla nich nudne – kontynuuje. - Rodzice też narzekają. Chociażby dlatego, że tych zadań domowych jest bardzo dużo i popołudnia spędzają z dziećmi na odrabianiu ich. Zadań domowych, które niejednokrotnie są dla rodziców trudne, a co dopiero dla naszych dzieci. Sama jestem rodzicem. Zdarzyło mi się nie wiedzieć, jak odrobić zadanie domowe – przyznaje metodyk ze Szkoły Podstawowej nr 5 w Jarocinie. Jak dowodzi Instytut Badań Edukacyjnych, odrabianie zadań domowych nie ma istotnego wpływu na osiągnięcia w nauce szkolnej.
           
W grupie narzekającej na zadania domowe są i sami nauczyciele. - Bo nie sztuką jest zadać zadanie domowe. Trzeba je jeszcze zweryfikować w sposób konsekwentny i z szacunkiem dla ucznia, który nad nim się pochylił, a na to po prostu nie mamy czasu. 30, 35, 25 uczniów w klasie – dajmy każdemu chociaż minutę na sprawdzenie zadania domowego. Co się dzieje? Ucieka nam czas – wskazuje Beata Włoch. Pedagodzy nie są w stanie zweryfikować także, czy praca domowa przez ucznia została odrobiona samodzielnie. W erze dostępu do internetu nie jest to wcale takie oczywiste. IBE wskazuje ponadto, że im częściej nauczyciele zadają prace domowe z języka polskiego, tym mniejszy jest przyrost wiedzy uczniów między III a VI klasą. Analizy wykazały, że w stosunku do najbardziej powszechnej strategii polonistów – zadawania prac domowych na większości lekcji – nieco bardziej efektywne jest zadawanie ich nie częściej niż raz w tygodniu. Generalnie, częstość zadawania prac domowych z języka polskiego ma marginalny wpływ na ostateczne osiągnięcia uczniów. 

Polskie dzieci – przez zadania domowe – są nieszczęśliwe  
Problem jest coraz bardziej zauważalny. Coraz głośniej się o nim mówi. Sam Rzecznik Praw Dziecka się nim zajął. - Obok prawa do edukacji jest prawo do wypoczynku, prawo do życia rodzinnego, prawo do rozwoju, prawo do własnych pasji. Kiedy dzieci to mają robić? Kiedy mają pojeździć konno, kiedy mają pograć w szachy, a kiedy mają z mamą i z tatą przejechać się na rowerze? – pyta Marek Michalak w wywiadzie telewizyjnym. Rzecznik Praw Dziecka wskazuje, że uczniowie są przeciążeni w domu. - Utrwalenie wiedzy, nauka dyscypliny to niewątpliwie ważne rzeczy. Często zadanie domowe to nie jest utrwalenie wiedzy, ale przyswojenie nowych rzeczy, nad którymi głowią się rodzice. Czasami sfrustrowani, bo też nie wiedzą co zrobić, bo czasy się trochę zmieniły – mówi. Na poparcie swojej tezy o złym podejściu w polskiej szkole do zadań domowych, Rzecznik Praw Dziecka odwołuje się do pracy naukowców. - Popatrzmy chociażby na badania szczęśliwości polskich dzieci w szkole. Dlaczego one tak odbiegają od tych fińskich? – zauważa. - Fiński system, z jednej strony, pokazuje wysoki poziom nauczania. Z drugie strony badania szczęśliwości dzieci fińskich też są wysokie. To nie jest tak, że wysoko idzie edukacja i wymagania, a spada poziom szczęśliwości. On jest równoważny – udowadnia Marek Michalak w jednej z rozmów w DD TVN.  Rzecznik Praw Dziecka już dwukrotnie napisał do Minister Edukacji Narodowej dzieląc się z nią wątpliwościami w temacie zadań domowych.
           
Anna Zalewska – jak na razie – wydaje się nie dostrzegać problemu. - Ocenianie zadań domowych przez nauczyciela może być jedną z form sprawdzania przez niego osiągnięć edukacyjnych ucznia – z upoważnienia Minister Edukacji Narodowej pisze Maciej Kopeć. - Każdy nauczyciel na początku roku szkolnego ma obowiązek poinformować uczniów oraz ich rodziców m.in. o wymaganiach edukacyjnych oraz sposobach sprawdzania osiągnięć edukacyjnych ucznia. Wtedy również powinien poinformować o tym, w jakiej liczbie i formie będą zadawane prace domowe, jaki będą miały stopień trudności i za pomocą jakich kryteriów będą oceniane – czytamy w liście. -  Celem zadawanych uczniom prac domowych jest wspomaganie pracy dydaktycznej nauczyciela, ponieważ są one cennym sposobem utrwalenia lub sprawdzenia wiadomości zdobytych podczas zajęć lekcyjnych, pod warunkiem, że uczeń opanował treści nauczania w wyniku przeprowadzonych w szkole zajęć i jest w stanie samodzielnie zadania domowe wykonać. (…)  Samodzielne wykonanie pracy domowej powinno być dla ucznia źródłem satysfakcji i motywacji do nauki. (…) Im młodszy wiek dziecka, tym więcej czasu po powrocie ze szkoły powinno ono odpoczywać i bawić się. Natomiast im starszy uczeń i wyższy etap edukacyjny, tym cenniejsza jest jego praca samodzielna – dodaje Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Rzecznik Praw Dziecka wskazuje, że Minister Edukacji Narodowej poprzez sobie podległe instytucje może zbadać problem w terenie. Powinna, jego zdaniem, zwrócić uwagę – podczas wizytacji i działań kontrolnych – aby temat nadmiaru prac domowych nie był niedostrzegany. Marek Michalak dodaje, że trzeba sprawdzić czy obowiązek edukowania określonych treści przypadkiem nie jest przeładowany. Czy nie jest tak, że nauczyciel ucieka się do zadań domowych, bo nie jest w stanie przerobić nakazanego materiału. Tu Rzecznik Praw Dziecka widzi rolę Ministerstwa Edukacji Narodowej.

Czas na nauczycieli i rodziców
Na systemowe rozwiązania nie czeka Szkoła Podstawowa nr 323 im. Polskich Olimpijczyków w Warszawie. Wioletta Krzyżanowska – dyrektorka placówki – półtora roku temu wprowadziła zasadę niezadawania dzieciom prac domowych. - Generalnie recepta jest bardzo prosta – przede wszystkim odejdźmy od represji, od tego że stawiamy jedynki dzieciom za brak pracy domowej – mówi. - Odejdźmy od tego, że prace domowe są jednakowe dla wszystkich dzieci. To jest zdecydowanie błąd, bo jeśli ktoś się interesuje matematyką, wykona bardzo dużo ćwiczeń. Jak ktoś matematyki nie lubi, dla niego wystarczy jedno zadanie i tym samym spełni wymagania edukacyjne – dodaje Wioletta Krzyżanowska. W warszawskiej podstawówce zadań domowych w ogóle nie mają pierwszoklasiści. W drugich i trzecich klasach dzieci mogą dostawać przygotowane przez nauczyciela karty pracy. W klasach starszych – od czwartej do szóstej – zadania domowe polegają na pracy projektowej i na ćwiczeniach do wykonania dla chętnych. To, co nauczyciele zadają nie jest obowiązkowe. Jeśli uczeń chce wziąć zadanie do domu, to bierze, jeśli nie – to nie. Nauczyciele na lekcjach pracują metodą projektów. Praca w domu wtedy polega np. na zebraniu materiałów, które potem wykorzystuje się w projekcie robionym w szkole. Jak podkreśla Wioletta Krzyżanowska, jeśli dzieci mają za zadanie zrobić projekt w domu, to jest na to sporo czasu, a tematyka jest dla nich interesująca. - Ci rodzice, którzy pracowali w działach HR, kadrach, mieli do czynienia z szeroko rozumianą edukacją, w mig zrozumieli idee tej zmiany. Wiedzieli z jakim pracownikiem mają do czynienia na co dzień – że nie jest tak odpowiedzialny czy pracowity, jak powinien – informuje dyrektorka podstawówki. - Pojawiło się też sporo rodziców, którym pomysł się nie spodobał. I nie podoba się nadal – ujawnia. Wśród przeciwników metody znaleźli się też sami nauczyciele.

Rewolucja w warszawskiej szkole zaczęła się od zmiany całego procesu dydaktycznego. - Skupiliśmy się na tym, aby nie marnować 45 min., jakie nauczyciel ma do dyspozycji w trakcie lekcji, bo to jest moment kluczowy. Nie przegadujmy tych lekcji, nie marnujmy cennego czasu – wskazuje dyrektorka. Do pracy nauczyciela dołączono ocenianie kształtujące oraz wzmocnienie pozytywne. - Tu kluczowa okazała się metoda zielonego ołówka, czyli zaznaczanie w pracy dzieci tego, co zostało wykonane dobrze. Nie tylko u młodszych, ale u starszych też. Często te starsze dzieci później – w piątej, szóstej klasie – mają syndrom wypalenia zawodowego. Pokażmy im, w ich pracach, sprawdzianach, co jest zrobione dobrze. To nagle powoduje budzenie się wewnętrznej chęci: „zrobię coś więcej, bo mi pani zaznaczyła, co jest robione dobrze” – unaocznia dyrektorka. Na lekcjach, oprócz zielonego długopisu, pojawiły się też klepsydry, które koncentrują uwagę dzieci na zadaniu. Uczniowie, podczas poznawania nowych treści, mają do dyspozycji kółka z trzema kolorami. Zielone oznacza, że zrozumiały materiał, żółte, że nie do końca, a czerwone, że potrzebują powtórzenia. Jak udowadnia Wioletta Krzyżanowska, dzięki tak prostej metodzie nauczyciel ma natychmiastowe sprzężenie zwrotne. Wie ilu uczniów w klasie zrozumiało, to co im przekazał. – Jeżeli na ławkach przeważa czerwony znak, pedagog od razu ma świadomość, że musi znaleźć inny sposób na przekazanie wiedzy, bo zastosowany nie trafił do uczniów – pokazuje dyrektorka. Nauczyciel nie odpytuje za pomocą dziennika. Ma do tego patyczki z imionami dzieci, które losuje. Wioletta Krzyżanowska twierdzi, że ta metoda pozwala na pobudzenie do działania nie tylko uczniów aktywnych, ale także tych skromnych i cichych. Dzieci również samodzielnie oceniają prace swoich kolegów. Robią to według kryteriów wskazanych przez nauczyciela. Pedagodzy zaś – zamiast kazać uczyć się całego działu do sprawdzianu – podają zagadnienia, na które będą zwracali uwagę.   

Jarociniacy na tak
Praktykami i doświadczeniami z zarządzanej przez siebie szkoły Wioletta Krzyżanowska podzieliła się z rodzicami, nauczycielami i dyrektorami jarocińskich placówek oświatowych. O wykład poprosiły ją władze Gminy Jarocin. - W podsumowaniu – pytając nauczycieli i dyrektorów z terenu gminy Jarocin – otrzymywałem bardzo różne odpowiedzi. Od takich, że to nic ciekawego, że u nas w szkole właściwie jest tak samo jak w tamtej, po słowa pełne zachwytu, postanowienie, że spróbuje się to zastosować – mówi Robert Kaźmierczak, wiceburmistrz Jarocina. Na prelekcji obecny był Marek Durczak, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 5 w Jarocinie, z którym udało nam się skontaktować.

- Na spotkaniu było kilkunastu moich nauczycieli. Na następnej radzie pedagogicznej na pewno o tym podyskutujemy. Będziemy próbowali wyciągnąć wnioski z tego, co ta pani robi. Zobaczymy, co u nas będziemy mogli zrealizować – w szczególności niezadawanie zadań domowych – deklaruje. Marek Durczak równocześnie dodaje, że pula rozwiązań edukacyjnych zaproponowanych przez Wiolettę Krzyżanowską nie była dla niego nowością. – Część z nich realizujemy. Już dziś kilkoro nauczycieli nie zadaje zadań domowych na weekend. Zajęcia włączające w naszej szkole dawno działają – pokazuje. Dyrektor Szkoły Podstawowej nr 5 w Jarocinie deklaruje, że poruszy temat zadań domowych na spotkaniach z rodzicami i nauczycielami i postara się udoskonalić dzisiejsze działanie zarządzanej przez niego placówki.

Równocześnie Robert Kaźmierczak uspokaja, że Gmina Jarocin nie zamierza ingerować w szkołach w tej kwestii. - Nie będzie takiej sytuacji, że spotkanie z Wiolettą Krzyżanowską zakończy się zarządzeniem burmistrza Jarocina, że każda szkoła ma się zmieniać tak, jak kierowana przez panią Krzyżanowską. Zmiana wprowadzana na podstawie odgórnego zarządzenia nie ma prawa się powieźć. Albo nauczyciele i rodzice – a zwłaszcza rodzice – będą tej zmiany chcieli, albo nie – mówi wiceburmistrz Jarocina. - Każdy wyciągnął z tego spotkania tyle, ile chciał wyciągnąć i zastosuje tyle, ile będzie chciał zastosować – dodaje. Im więcej osób zarazi się wirusem, który na sali zasiała Wioletta Krzyżanowska, tym większa będzie zmiana w jarocińskich szkołach.
NATALIA PLUTA
 
           
„Nie sztuką jest zadać zadanie domowe. Trzeba je jeszcze zweryfikować w sposób konsekwentny i z szacunkiem dla ucznia, który nad nim się pochylił, a na to po prostu nie mamy czasu. 30, 35, 25 uczniów w klasie – dajmy każdemu chociaż minutę na sprawdzenie zadania domowego. Co się dzieje? Ucieka nam czas”
Beata Włoch, metodyk ze Szkoły Podstawowej nr 5 w Jarocinie

„Obok prawa do edukacji jest prawo do wypoczynku, prawo do życia rodzinnego, prawo do rozwoju, prawo do własnych pasji. (…) Utrwalenie wiedzy, nauka dyscypliny to niewątpliwie ważne rzeczy. Często zadanie domowe to nie jest utrwalenie wiedzy, ale przyswojenie nowych rzeczy, nad którymi głowią się rodzice. Czasami sfrustrowani, bo też nie wiedzą co zrobić, bo czasy się trochę zmieniły.”
Marek Michalak, Rzecznik Praw Dziecka
           
„Popatrzmy chociażby na badania szczęśliwości polskich dzieci w szkole. Dlaczego one tak odbiegają od tych fińskich? Fiński system, z jednej strony, pokazuje wysoki poziom nauczania. Z drugie strony badania szczęśliwości dzieci fińskich też są wysokie. To nie jest tak, że wysoko idzie edukacja i wymagania, a spada poziom szczęśliwości. On jest równoważny.”
Marek Michalak, Rzecznik Praw Dziecka
           
„Generalnie recepta jest bardzo prosta – przede wszystkim odejdźmy od represji, od tego że stawiamy jedynki dzieciom za brak pracy domowej. Odejdźmy od tego, że prace domowe są jednakowe dla wszystkich dzieci. To jest zdecydowanie błąd, bo jeśli ktoś się interesuje matematyką, wykona bardzo dużo ćwiczeń. Jak ktoś matematyki nie lubi, dla niego wystarczy jedno zadanie i tym samym spełni wymagania edukacyjne”
Wioletta Krzyżanowska, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 323 im. Polskich Olimpijczyków w Warszawie
           
„Kluczowa okazała się metoda zielonego ołówka, czyli zaznaczanie w pracy dzieci tego, co zostało wykonane dobrze. Nie tylko u młodszych uczniów, ale u starszych też. Często te starsze dzieci później – w piątej, szóstej klasie – mają syndrom wypalenia zawodowego. Pokażmy im, w ich pracach, sprawdzianach, co jest zrobione dobrze. To nagle powoduje budzenie się wewnętrznej chęci: <<zrobię coś więcej, bo mi pani zaznaczyła, co jest robione dobrze>>”
Wioletta Krzyżanowska, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 323 im. Polskich Olimpijczyków w Warszawie
           
„Nie będzie takiej sytuacji, że spotkanie z Wiolettą Krzyżanowską zakończy się zarządzeniem burmistrza Jarocina, że każda szkoła ma się zmieniać tak, jak kierowana przez panią Krzyżanowską. Zmiana wprowadzana na podstawie odgórnego zarządzenia nie ma prawa się powieźć. Albo nauczyciele i rodzice – a zwłaszcza rodzice – będą tej zmiany chcieli, albo nie.”
Robert Kaźmierczak, wiceburmistrz Jarocina
Źródło: foto.jarocin.pl
2017-11-03 15:12 319

Komentarze

~Rodzic323

Trzeba poczytać jak jest naprawdę w Haloursynów.pl: ,,Budząca się szkoła. "Tato, czemu pani dyrektor kłamie?" i inne artykuły z tej serii. P. Marzena Żylińska (współtwórca,,Budzącej Się Szkoły” w Polsce) na facebooku 12 marca informuje: ,,Bardzo prosimy o udostępnianie tej informacji! Dyr. SP nr 323 p. W. Krzyżanowska po raz kolejny informuje media, że jej szkoła jest Budzącą Się Szkołą i realizuje program BSS. Informujemy, że SP nr 323 w Warszawie nie należy do naszego ruchu i w żadnej formie z nami nie współpracuje. Swoimi wypowiedziami pokazuje, że nie rozumie naszej idei oddolnych zmian…” ( frag.). Szkoła była niegdyś w trójce najlepszych placówek Ursynowa, dziś ciągnie się w ogonie. To niepokoi rodziców. ,,Będzie tragedia po 8 klasie” – mówią. Pracownicy szkoły - w SP 323 nie ma warunków do wprowadzenia programu zmian. Brakuje komputerów, rzutników, tablic interaktywnych. Klasy są przepełnione. Wciąż jeszcze funkcjonują papierowe dzienniki, a nauczycielom każe się uzupełniać dziennik elektroniczny w domu na prywatnym komputerze. Inwestuje się w wystrój wnętrza gabinetów dyrektora, sekretariat, salę konferencyjną, a wyposażenie sal lekcyjnych jest nieistotne.. O szkole mówi sie ładnie w Tv , nic poza tym...Ze szkoły w ubiegłym roku odeszło około 15 osób, w tym - odchodzą następni pedagodzy ( trzech nauczycieli prowadzi jednocześnie po dwie klasy, bo ich wychowawcy odeszli. Nauczyciele nie wytrzymują obłudy i ciągłego strofowania, zastraszania, wręcz mobbingu.

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.