Poniedziałek, 19 Listopada 2018 - Seweryny, Maksyma, Salomei

Uprawiam powieść mówioną

Spotykamy się w Spichlerzu Polskiego Rocka w Jarocinie. Nie wiem, czy jesteś świadomy tego, że kilka lat temu poniekąd przewidziałeś powstanie tego miejsca…
Czyżbym był lepszy od wróżbity Macieja z Ezo TV i pana Jackowskiego, tzw. „jasnowidza z Człuchowa”? (śmiech)

W 2006 roku powiedziałeś: „Jarocin ma szansę zaistnienia, jako muzeum polskiego rocka z alternatywnymi nowinkami”.
Jak widać, w tym temacie się nie pomyliłem. Jestem z siebie dumny (śmiech). Oczywiście „muzeum” jest hasłem trochę ironicznym, powiedziałbym nawet „happenerskim” (awangardowym – przyp. red.). Faktem jest, że pamięć społeczna jest krótka. Mówiąc mniej eufemistycznie, ludzie głupieją. Być może to jest poetyka czasów, w których żyjemy. Może zbyt duży natłok informacji powoduje kasowanie pewnych wartościowych energii idących przez dziesięciolecia. Dlatego też warto opowiadać o takich wydarzeniach, jak Jarocin Festiwal. Chociażby przez to, że kreuje takie miejsca, jak Spichlerz Polskiego Rocka. Dzięki niemu zaś możemy przypominać o naszych korzeniach i czasach mniej zabawnych niż obecne, docenić to co mamy i, że teraz możemy kulturę rocka kreować w swobodnym klimacie.

Zwiedziłeś ekspozycję Spichlerza Polskiego Rocka. Widziałeś tę część poświęconą Alternatywnej Scenie Trójmiejskiej. Odnalazłeś się na którymś ze zdjęć?
Znalazłem wszystkich swoich kolegów. Będę postulował, aby umieścić tam także inny odłam gdańskiego świata artystycznego lat ’80, czyli moją osobistą Transtoryjną Formację Totart, która w tym roku obchodzi swoje 30-lecie oraz istotne ugrupowania, nazwijmy to, polityczno-estetyczne. Mam tu na myśli gdańskich anarchistów z Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego – utrapienie władz komunistycznych, jak również malarzy, happenerów, akcjonistów Nowej Ekspresji oraz niezależnych poetów.  

Urodziłeś się w Gdańsku. Czujesz się przez to w jakiś sposób naznaczony „genem wolności”, walką, staniem na przekór PRL-u?
Mam teorię, że miejsce, w którym się rodzisz, w którym dojrzewasz, jego podskórna energia kreuje twoją osobowość. Gdańsk jest wspaniałym miejscem nie tylko na mapie Polski, ale i całego świata. To tam na przestrzeni stuleci odbywały się absolutnie niezwykłe wydarzenia dla przyszłego duchowego rozwoju nie tylko Polski, ale i całej Europy. Gdańsk to była zjednoczona Europa w pigułce. Nie było to miasto tylko Polaków, ale i Kaszubów, Niemców, Żydów, Rosjan, Skandynawów czy Holendrów. Tam przez stulecia ludzie uczyli się trudnej sztuki bycia razem oraz pomnażania wspólnej szczęśliwości. Co, jak wiemy, się udało, bo przez stulecia Gdańsk był najbogatszym miastem Rzeczpospolitej Polskiej. To tam, dzięki właśnie tej wspaniałej, podskórnej energii, już w podłych czasach komuny dochodziło do niezwykłych, jak na represyjną atmosferę PRL-u, wydarzeń. Przypomnijmy, że w Gdańsku, w latach ’50, organizowano pierwszy festiwal jazzowy oraz pierwszy koncert rockowy w Polsce. W tym mieście kariery zaczynali artyści bigbitowi, jak Czesław Niemen i Czerwone Gitary, powstała pierwsza polska dyskoteka. Z innej strony, to tam powstały wolne związki zawodowe, robotnicza „Solidarność”, a także, pierwsza po wojnie, anarchistyczna formacja Ruch Społeczeństwa Alternatywnego i moja osobista, Transtoryjna Formacja Totart. Gdańsk był także silnym ośrodkiem kreowania niezależnych ruchów plastycznych. Powstała tam ekipa Niezależnej Galerii „Wyspa”, która ukonstytuowała się w okolicach roku ’85. No, a w latach ’80 słynna Trójmiejska Scena Alternatywna oraz pacyfiści z Ruchu Wolność i Pokój.

Sporo powiedziałeś o swoich znajomych, ale własną formacją pochwaliłeś się tylko jednym zdaniem. A spotkaliśmy się właśnie z okazji 30-lecia Totartu. Jaka to dla ciebie rocznica?
O kolegach i protoplastach opowiedziałem, żeby nie wyjść na chorego egotyka (osoba która uwagę kieruje tylko na siebie i zajmuje się sobą – przyp. red.), którym oczywiście jest chyba każdy artysta (śmiech). W odróżnieniu od paru moich, równie zasłużonych dla kultury niezależnej, kolegów, uwielbiam rocznice. Powiem więcej – celebruje je i namawiam wszystkich do obchodzenia ich. Także dlatego, że uważam, że mamy fajne życie, przeżyliśmy wiele pięknych wydarzeń w czasach zupełnie podłych, czyli PRL-u. Mamy się czym chwalić, o czym opowiadać. Nie zmarnowaliśmy ani naszej młodości ani, jak sądzę, wieku dojrzałego. Dlatego celebrowanie rocznic pozwala nam odbyć nie tylko podróż sentymentalną, ale także wygenerować pewną dydaktyczną narrację. Opowiadając o tym, co przeżyliśmy możemy uczyć następne pokolenie kreatywnej postawy życiowej oraz, mimo wszystko, trudnej sztuki cieszenia się z tego, co człowiek ma, do czego dąży, co zyskuje swoją ciężką pracą, rozwojem swojej pasji i zaangażowaniem. Dlatego co pięć lat obchodzę moje rozpoczęcie działań w tzw. „kosmosie sztuki”, czyli pląsów artystycznych, które datuję od roku Orwellowskiego – 1984. To wtedy po raz pierwszy zaaranżowałem koncert kapel niezależnych w gdańskim klubie stoczniowca „Akwen”, gdzie jeden z pierwszych swoich koncertów zagrała Moskwa. Co pięć lat celebruję też kolejne rocznice Totartu, która w tym roku świętuje swoje 30-lecie.

Podczas wizyty w Jarocinie promowałeś także swoją najnowszą książkę „Karnawał Profuzji"…   
Zawsze myślałem o takiej książce, choć długo nie było możliwości ku jej kreacji. W moim życiu zawsze dużo się działo. Ostatnie 15 lat to sytuacja, w której prowadzę około 100 imprez rocznie. A dopiero od sześciu mam wspaniałego mecenasa, jakim jest Narodowe Centrum Kultury, które zainwestowało w mój, nazwijmy to „geniusz dziennikarski” (śmiech). Dzięki niemu mogę usystematyzować wspomnienia oraz podarować je narodowi właśnie w formie książkowej, co, jak sądzę, czynię dosyć konsekwentnie i z ogólnym pożytkiem, wydając jedną książkę rocznie.

Ktoś zauważył i docenił twój pisarski wysiłek. Jesteś bowiem posiadaczem Krzyża Wolności i Solidarności. Jakie znaczenie ma dla ciebie to odznaczenie?
Medal dostałem z okazji 30-lecia anarchistycznego Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego. Był to bardzo miły gest ze strony najwyższych władz państwowych, które doceniły mój, ale także Krzyśka Skiby i Janusza Waluszki, wkład w piękny akt obalenia reżimu komunistycznego. Przez wiele lat bowiem utrzymywano, że tak jak istniała PZPR, czyli przewodnia siła narodu, tak była li tylko Solidarność, czyli nurt narodowo-katolicki, który walczył z bolszewikami. W moich książkach przywracam też dobrą pamięć o tzw. „trzecim obiegu”. Właśnie planuję nakręcić film o przedstawicielach niezależnych ruchów artystycznych, którzy również walczyli z komunizmem na swój prywatny, odmienny od naszych starszych kolegów w Solidarności, ale bardzo kreatywny, sposób.

To kiedy premiera filmu?
To jest dobre pytanie, jak mówił agent Maleszka z filmu „Trzech kumpli”. Mianowicie film pt. „Trzeci obieg” miałem robić z Maćkiem Chmielem, byłym menadżerem Dezertera, który właśnie został szefem TVP 2. Na razie dyskretnie go pytam, czy rządzona przez niego telewizja, wprowadzając tzw. „dobre zmiany”, sypnie groszem na ten projekt, a były menago Dezertera na razie dyskretnie milczy… Ale panie dyrektorze – „poeta pamięta”! (śmiech)

A pamięć masz doskonałą. Pokazałeś to zresztą w swoich książkach. Roi się w nich od szczegółów, których zapewne przeważająca większość uczestników opisywanych przez ciebie wydarzeń już dzisiaj nie pamięta. Jak ci się udało to wszystko zakodować w głowie?
Zabrzmi to nieskromnie, ale od dzieciaka już wiedziałem, że biorę udział w bardzo ważnych, nie tylko dla mnie, wydarzeniach. Nie marnowałem swojego życia na pierdoły i przeżywałem je bardzo intensywnie. Dlatego też te wszystkie wydarzenia się we mnie kodowały i zapisały tak świadomość, że do dzisiaj, jak mówią moi koledzy z Totartu, uprawiam powieść mówioną, możliwą do odtworzenia w każdym momencie tej narracji. Pamiętajmy też, że okres panowania komuny, a szczególnie ostatnia dekada lat ’80 to czas „wielkiej pustki”. Niewiele się działo, więc jeśli już coś się wydarzało było bardzo celebrowane. W Gdańsku w latach ’80 odbywały się jeden, dwa koncerty kapel niezależnych rocznie. Każdym występem żyło się przez wiele miesięcy. Stąd te wspomnienia zostały ze mną na zawsze. Poza tym, sam jestem fanem oral history, czyli opowiadania wydarzeń przez żyjących światków i namawiam wszystkich do zapisywania swoich przeżyć.

Ktoś kto przeczyta całą naszą rozmowę pewnie się nieźle zdziwi, bo kojarzy cię z, jak sam mówisz „biegania po scenie w kalesonach”. Jak udaje ci się łączyć w sobie te dwa światy – rozbawiającego wszystkich błazna z literatem nominowanym do Nike, który na poważnie rozmawia o historii polskiej muzyki i kraju?
Właśnie to tworzy mój niepowtarzalny wszechświat nadczynności kreacyjnych. Jestem ekstatycznym fanem wielości bytu. Uważam, że wszystko jest piękne, a ludzie doskonali. Mam w sobie naturę sowizdrzała, jak i przenikliwego analityka świata, nie tylko popkultury. Uważam to za piękne, że dostałem energię, dzięki której mogę jednego dnia prowadzić kameralne spotkanie w Jarocinie, a kolejnego szereg zabaw karnawałowych.

Rozmawiała NATALIA PLUTA   

Źródło: foto. Materiały Prasowe
2016-03-28 11:29 1174

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.