Poniedziałek, 19 Listopada 2018 - Seweryny, Maksyma, Salomei

W kwestii „zadym” jesteśmy „małymi pikusiami”

Pójście do psychiatryka to był pierwszy twój pomysł, by uciec przed wojskiem, czy były jeszcze inne alternatywy?
Nie było. Trzy dni przed planowanym zakwaterowaniem w jednostce moździerzy w Morągu, nie mając pojęcia, w jaki sposób się z tego wymigam, zadzwonił do mnie Grzegorz Ciechowski. Następnego dnia, w miejscowej przychodni psychiatrycznej, poznałem doktora Andrzeja Marka Michorzewskiego, zwanego dalej Ordynatem Michorowskim...

Z udawania wariata wyszedł Latający Pisuar, założony wspólnie z Andrzejem Michorzewskim. Ta współpraca narodziła się spontanicznie?
Można tak powiedzieć. Odwiedziłem go kilka razy na dyżurze w szpitalu i nie tylko. W ramach wdzięczności wypiliśmy kilka litrów wódki i przy takiej okazji to się zaczęło.

Kobranocka od początku miała być projektem długofalowym, zespołem „z misją”? Chcieliście coś udowodnić?
Nie miała być projektem długofalowym, z misją. Niczego nie chcieliśmy udowadniać…

Był moment w karierze zespołu w którym zachłysnęliście się popularnością, a rock'n'roll pochłonął was bez reszty? Były jakieś „zadymy” w wykonaniu Kobranocki?
Zawsze byliśmy dość mocną załogą... Zwłaszcza pierwsza połowa lat ‘90 należała do szczególnie niebezpiecznych dla zdrowia... W kwestii „zadym”, to jesteśmy „małymi pikusiami” przy... I tu można by wymieniać i wymieniać. Owszem, zdarzały się jakieś pokoje w hotelu do malowania w całości, ktoś przypadkiem wszystkie kafelki w hotelowej łazience skuł kowbojkiem, lub inny nie trafił szklanką w otwarte okno, tylko w niezwykle drogą szybę obok... Ale to wszystko dawno i nieprawda (śmiech).

Swoją muzykę określiliście mianem punk'n'roll, nie oglądacie się na mody, nie brylujecie na pierwszych miejscach list przebojów. To recepta na sukces, by utrzymać się na rynku nieprzerwanie od trzech dekad?
Robimy swoje, czyli jesteśmy autentyczni. Bez tego nikt nie ma szans tyle przetrwać. Chyba, że jest to sztuczny twór, zrobiony dla pieniędzy, którym z pewnością nie jesteśmy. Po wielu latach szaleństw, przyszedł czas na większą dyscyplinę w kapeli, bez której byłoby ciężko. No i być może na to wszystko ma wpływ fakt, że w zespole nigdy nie było – i pewnie już nie będzie – dużej kasy, co nie dało nam powodu do np. mordobicia (śmiech). Jakoś sobie tego u nas nie wyobrażam, ale przecież wielu przyjaciół właśnie przez to się rozstało.

Świętowanie 30-lecia kapeli rozpoczęliście wrześniowym koncertem w toruńskiej hali. Zaprosiliście na niego muzycznych gości, z którymi przecinały się wasze drogi, na przestrzeni ostatnich 30 lat, m.in. Kajah czy Muńka Staszczyka. Jak ci artyści pojawili się w waszym artystycznym życiu?
Kayah zaśpiewała z nami w studiu piosenkę „Gorycz w chlebie”. To był rok 1988. Gramy „Mówię ci, że”, numer Tiltu, którego oryginalną wersję Kaśka również śpiewała. Poza tym, przez kilka lat była w zespole Atrakcyjny Kazimierz, czyli solowym projekcie naszego Kazika. Nagrali razem dwie płyty. Na tym koncercie nie mogło jej nie być. Z Muńkiem znamy się od 1983-84 roku. Trochę później Vysol grał w T. Love itd. Po prostu kumpel. Podobnie jak Panas, Tomek Organek, a przede wszystkim nasi „bestfrendzi” z Big Cyca – goście, na których zawsze możemy polegać i vice per versa! (śmiech). Inaczej miały się sprawy z Johnem Porterem, z którym, oprócz incydentalnego, ale bardzo mocnego, spotkania 20 lat wcześniej, nie znaliśmy się w ogóle. Dla każdego z nas jest idolem. Nie zapomnę koncertu Porter Bandu w 1979 roku, na którym byliśmy z Kazikiem. Spowodował on u nas całkowity opad, mega szczeniackich, szczęk. A po latach, w dwie godziny od pomysłu zaproszenia, już mieliśmy zgodę Johna, czyli opadu szczęk ciąg dalszy. Ten występ był magiczny, podobnie jak cały koncert!

Ostatnio wystąpiliście na jednej scenie z Różami Europy i Sztywnym Palem Azji. Na waszym Facebooku pojawił się wpis, że poczuliście się jak wielka rock’n’rollowa rodzina. W rodzimym show biznesie jest to możliwe?
Najwyraźniej jest. Z tymi kapelami znamy się tyle, ile istniejemy. Nigdy nie było między nami wojen itp. W Różach Europy kiedyś nawet, bardzo krótko, grałem. No i łączy nas coś wspólnego... Proszę patrzeć dwa piętra wyżej, zaczyna się od „Robimy swoje...”. Wnioskując z reakcji publiczności, akurat ta trójka jej pasuje, więc na pewno będą powtórki, z czego już bardzo się cieszymy.

Zagraliście  kiedyś „Kocham Cię jak Irlandię” w Irlandii?
Tak, raz zagraliśmy „Irlandię...” w Irlandii, gdyż raz tam byliśmy. Wiedzieliśmy, że ta piosenka ma potencjał, podobnie jak większość naszych numerów. Takiej popularności jednak nikt się nie spodziewał. Było to przemiłe zaskoczenie.

Rozmawiał MJM
Źródło: foto. Prestige MJM
2016-03-28 10:20 723

Komentarze

Ten materiał nie ma jeszcze komentarzy

Dodaj komentarz

Twój mail będzie nie widoczny.