Dzisiaj jest: 8.12.2019, imieniny: Delfiny, Marii, Wirginiusza

Słuchanie jazzu weszło mi w krew

Dodano: 9 miesięcy temu Czytane: 268 Autor:

Rozmowa z MAGDALENĄ GRZEBAŁKOWSKĄ, reporterką, autorką biografii Krzysztofa Komedy. ks. Jana Twardowskiego czy Beksińskich.

Słuchanie jazzu weszło mi w krew
Dzięki niej Jan Twardowski zaistniał jako postać z krwi i kości, a nie jako papierowy, dobrotliwie uśmiechnięty staruszek, narodziła się „Beksińsko-mania” i wrócił Komeda. MAGDALENA GRZEBAŁKOWSKA – biografka wielkich nazwisk – odwiedziła Jarocin, gdzie spotkała się ze swoimi czytelnikami. Było to możliwe dzięki projektowi pn. „Reportaż opowiada świat” realizowanemu przez Stowarzyszenie Jarocin XXI. Rozmowę zdominował Krzysztof Komeda Trzciński – ostatni ze sportretowanych przez reportażystkę.

„Komeda. Osobiste życie jazzu” jest ciekawie napisana, zawiera wiele przypisów, a jednocześnie Komeda, to facet, który mieszkał w kilku miejscach na świecie, więc zebranie jego życia nie jest proste... Zawsze mnie to interesowało – jak powstaje książka, która później staje się bestselerem?
Trzeba: mieć trzy lata, spotkać się z około setką osób, zebrać jak największą liczbę materiałów, a potem usiąść i napisać. Proste, prawda?

Tak, tylko jeżeli mówimy o Komedzie Trzcińskim to jest Ostrów Wlkp., Poznań, Częstochowa…
... Wałbrzych. W Wałbrzychu mieszkał przez rok. Uważam, że pomijanie go jest niesprawiedliwe. Zresztą, Ostrów Wlkp. też był do tej pory pomijamy przez biografów, którzy bardzo parli do tego, by pokazać Kraków. Wspominali tylko: „Mieszkał w Ostrowie”, a to było ważne miasto dla rozwoju muzycznego Komedy. Dla Wałbrzycha Komeda też był bardzo ważny. Z resztą, każde miasto, w którym byłam, mówiło: „Ale niech pani powie – właśnie tu zaczął się rozwijać jazz Komedy”. Odpowiadałam: „Tak”.

Tak było naprawdę? Mówiłaś szczerze?
Nie, tak naprawdę jazz w Poznaniu. Ostrów to muzyczny rozwój Krzysztofa-licealisty. Słuchał tam jazzu, uczył się go grać. Nie było z czego się uczyć, więc improwizował improwizacje. Nie miał pojęcia na czym polega jazz, a więc spotykał się z kolegą i mówił: „Słuchaj, to chyba nazywa się improwizacja”. Oni nawet nie wiedzieli, że jazz się improwizuje. 

Miałem ogromną przyjemność rozmawiać z Janem Ptaszynem Wróblewskim. Opowiadał mi o tym, skąd w ogóle wiedzieli, że jazz istnieje. Kiedyś można było go posłuchać tylko w radiu.
Niebywałym źródłem dla rozwoju jazzu był film z orkiestrą Glenna Millera z 1943 roku, u nas pokazywany w 1947 roku, pt. „Serenada w dolinie zachodzącego słońca”. Dziś jest potwornie naiwny, ale uroczy. Muzyka jest oczywiście genialna – „Chattanooga choo choo” i wszystkie piękne przeboje. Wszyscy jazzmani starego pokolenia mówią, że tam jest ich źródło jazzu. Ludzie, którzy chcieli grać jazz, chodzili na ten film po kilkanaście razy. Janusz Majewski, słynny reżyser, który zrobił film pt. „Excentrycy. Po słonecznej stronie ulicy”, mówi, że był na tym filmie z 11 razy. Ula Dudziak, że oglądała go mnóstwo razy. Tak jak Mozart, który wyszedł z czyjegoś koncertu i cały od razu spisał, oni wychodzili z kina i spisywali tę muzykę. To było dla nich bardzo ważne źródło. Chociaż to był właściwie swing, a oni już chcieli iść w stronę jazzu nowoczesnego, ale od czegoś trzeba się było odbić.

Potem, w roku 1954 albo 1956, pojawił się Willis Conover i Voice of America. To był kamień milowy dla słuchania jazzu. Nie tylko w Polsce. Ten dziennikarz, prawie nieznany w Ameryce, nagrywał audycje w Waszyngtonie. Te były pakowane na taśmy i wysyłane wojskowymi samolotami do Europy, Afryki, Azji i puszczane za żelazną kurtyną oraz wszędzie tam, gdzie kapitaliści chcieli nieść kapitalizm, a nie było to możliwe. Miał 30 mln słuchaczy. Te audycje były puszczane trzy razy dziennie, ze względu na różnice w strefie czasowej – o 20:00, o 22:00 i bodajże o 2:00. Ludzie mi mówili, że jak była impreza to przerywano ją o 20:00 i słuchano. Jeżeli ktoś nie mógł słuchać o 20:00, nastawiał budzik na 2:00, żeby posłuchać Conovera. Zaletą Conovera było to, że mówił wyraźnie po angielsku i to prostym angielskim. Kiedy była jakaś nowość jazzowa, on natychmiast ją miał. Nie docierało to do nas z pięcioletnim opóźnieniem, tylko jak Luis Armstrong udzielił wywiadu w radiu, bo miał nową płytę albo koncert, ludzie mogli tego posłuchać. Oczywiście te audycje były zagłuszane, więc przy radiu siedział Ptaszyn z papierem nutowym, a obok niego Komeda i nasłuchiwali. Umówili się, że będą zapisywali co drugi takt, ale i tak czasami nie zdążali, bo w Poznaniu zagłuszano utwór od połowy. Kontaktowali się z (Andrzejem – przyp. red.) Trzaskowskim w Krakowie, bo tam przestawano zagłuszać utwór w połowie i miał on drugą część. Tak polscy jazzmani docierali do muzyki.

Tak zaczynali grać nowoczesny jazz?
Tak, ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że ludzie tak są przyzwyczajeni do myśli, że uczyli się jazzu od Conovera, że większość mi mówiła, że robiła to już po 1945 roku. Witold Sobociński, wielki polski operator, ale i perkusista oraz puzonista, mówił mi, że on nawet w czasie wojny, jako dziecko, pod kołdrą, słuchał audycji Willisa Conovera…. Pewnie słuchał jakiejś audycji, ale na pewno nie Conovera… A Conover przyjechał do Polski w 1957 lub 1958 roku i był traktowany jak bóg.

W książce też trochę piszesz o Zofii Komedowej. Była znienawidzona przez zespół, a ukochana przez Komedę… Zrobiłaś jej porządny research. Zastanowiło mnie, skąd wiedziałaś i na ile to jest prawdziwe, że jako 13-latka brała udział w partyzantce?
W IPN-ie są papiery Zofii Komedowej, ale to akurat było w archiwum Biblioteki Narodowej. W latach 70. można było pójść do ZBOWiD-u i powiedzieć, że było się w partyzantce. Jak się miało dwóch świadków to się potwierdzało. Ona ich miała. Jednym był profesor medycyny, również, starszy od niej, partyzant. W partyzantce miała pseudonim „Zofka”, a, że miała niewinny wygląd, służyła jako łączniczka. Przenosiła granaty w koszyczku.

I tak jej zostało na całe życie – zdominowała Komedę Trzcińskiego…
Zawsze miała granaty w koszyczku… Zofia Komedowa to bardzo ekscentryczna postać. O Krzysztofie Komedzie trudno było napisać, ponieważ on głownie komponował i grał, mało mówił, siedział w kąciku i miał taką charyzmę, że wszyscy chcieli wkoło niego przebywać. Natomiast Zofia była cały czas w biegu, wicher-kobieta. Możemy być dumni z Zofii, bo jeszcze Yoko Ono nie myślała o tym, że rozbije Beatlesów, jeszcze nie było Beatlesów na świecie, kiedy Zofia Komedowa doprowadziła zespół do takiej rozpaczy, że chcieli ją wyrzucić. Zamiast niej z zespołu wyleciał Jerzy Milian, który miał, w imieniu sekstetu Komedy, powiedzieć, że już nie chcą apodyktycznej Zosi na impresario. Ona chciała nimi rządzić – jak mają wyglądać na scenie, jak mają się zachowywać, co grać, gdzie grać. Podobno byli też niezadowoleni, że im za mało roboty załatwiała. Ptaszyn Wroblewski powiedział mi: „Przede wszystkim, to była potwornie apodyktyczna baba”. Na początku była wielka miłość Krzysztofa do Zofii, więc to Milian wyleciał z zespołu…

A nie Zosia.
Zosia została impresariem. Kiedy zapytałam Ptaszyna, dlaczego nie poszedł za Milianem, powiedział: „Chciałem grać jazz. Poszedłbym z kolegą i co byśmy zrobili? Byłem w stanie znieść tą potworną Zofię”. Komeda był dla nich bogiem. Zawsze o jeden próg wyżej niż oni.

Mówisz, że Komeda był człowiekiem cichym i skrytym, a nie duszą towarzystwa, a mi przypomina się, że nosił okulary „zerówki”, bo tak mu mama doradziła skoro studiował medycynę. Z jednej strony to jazzman, a z drugiej lekarz. Na początku nie kochał medycyny. Później się z nią pogodził?
Został lekarzem, bo mamusia mu kazała. Pani Zenobia Trzcińska była Zofią Komedą, tyle że wcześniej. Tam nie było dyskusji. To była typowa mieszczańska, poznańska rodzina. Ojciec Komedy – Mieczysław Trzciński – był synem kamieniarza, ale przed wojną został wysoko postawionym urzędnikiem bankowym. Po wojnie został dyrektorem banku. Rodzina była zamożna, korzystała z teatrów, kawiarni… Przy czym dzieci były tam trzymane bardzo krótko – taki pruski dryl, chociaż rodzina nie miała poznańskich korzeni. Dzieci nie dyskutowały z rodzicami, w ciągu tygodnia nie jadły z nimi obiadów, mieli nianię, a mama dbała o kulturę, więc kiedy odkryła talent u czteroletniego Krzysia, uczyła go grać na fortepianie. Jego o rok młodszą siostrę także. Kiedy mama powiedziała: „Krzysiu, będziesz lekarzem” odpowiedział: „Dobrze mamo”, chociaż nie cierpiał się uczyć. Powtarzał klasę maturalną, bo nie zdał z dwóch przedmiotów. Marzył, by pójść do akademii muzycznej. Na medycynę trzeba było zdać egzamin z marksizmu i leninizmu, ale też z biologii i chemii. Zdał, ale nie dostał się z braku miejsc. Cieszył się z tego, ale jego mama wzięła torebkę pod pachę i powiedziała: „Krzysiu, jadę do Poznania. Jak wrócę będziesz studentem medycyny”. Jego przyjaciel Kazimierz Radowicz, który się nie dostał na polonistykę, bo był synem wroga ludu – jego tatuś był inżynierem kolejnictwa i w wolnym czasie odlał w warsztatach kolejowych dwa orły w koronie, które podarował miejscowemu kościołowi – poprosił: „A mnie mogłaby pani załatwić?” „Zobaczymy, co się da zrobić panie Kazimierzu” – odpowiedziała. Pojechała do Poznania, wróciła za dwa dni. Radowicz wspominał, że siedzieli wtedy w komórce. Trzciński pił wino i mówił: „Żeby się mamie nie udało”. Przyszła pani Trzcińska i powiedziała: „Krzysiu, od października jesteś studentem medycyny”, a do Radowicza powiedziała: „Panu niestety mi się nie udało”.

Jak jej się to udało?
Nie mam pojęcia. Myślę, że kogoś tam zblatowała (dała łapówkę – przyp. red.) po prostu.

A jak Trzcińscy przeżyli wojnę?
Całkiem spokojnie, Krzysztof z mamą i siostrą w sierpniu 1939 roku spędzał wakacje w Chałupach i zachorował tam na Heinego-Medina (polio – przyp. red.). Mama wróciła z dziećmi do Poznania, ojciec zrobił to wcześniej, bo trzeba było ewakuować bank. Ich chciano ewakuować do Warszawy, bo wierzono, że Niemcy tam na pewno nie dojdą. Wsiedli do pociągu, ale pod Kutnem zbombardowano tory. Przez dwa tygodnie wracali pieszo do Poznania. Stamtąd zostali wysiedleni do Częstochowy, gdzie zostali do końca wojny. Dzieci chodziły do szkoły, Krzysztof miał lekcje pianina. W 1945 roku, podczas zajęcia miasta, schowali się w piwnicy u babci, a później – przez Wałbrzych i Ostrów – wrócili do Poznania, bo takie było marzenie pani Trzcińskiej. Ciekawostką jest fakt, że w czasie wojny w Częstochowie był też Marek Hłasko, ale panowie się wtedy nie spotkali.

Jak szukałaś informacji o tym, jak Komeda Trzciński funkcjonował w Stanach Zjednoczonych?
Musiałam polecieć do Kalifornii, ponieważ Krzysztof Trzciński tam miał ten nieszczęśliwy wypadek, który doprowadził do jego śmierci.

Tak do końca nie wiadomo jak to było.
Nie no, wiadomo jak to było.

Tak?
Na pewno Hłasko zepchnął go ze skarpy. Tylko są dwie wersje najbardziej realne, jak do tego doszło. Ale: Hłasko-skarpa-wypadek…

Alkohol.
Zdecydowanie alkohol.… Mnie się wydawało, że Komeda to jest znane nazwisko w Stanach. Pojadę, powiem „Krzysztof Komeda” i otworzą się przede mną różne drzwi. Ludzie na pewno muszą pamiętać naszego wybitnego kompozytora. „Dziecko Rosemary” to jest pewnie wybitny film dla każdego Amerykanina. Straszne to było rozczarowanie… Spotkało mnie już na lotnisku. Gdy urzędnik zapytał, jaki jest cel przyjazdu powiedziałam, że będę pisała książkę. Na pytanie o czym odpowiedziałam: „Na pewno zna pan to nazwisko – Krzysztof Komeda”, a on mówi, że nie zna. Mówię: „Ok, ale na pewno zna pan film „Dziecko Rosemary”. Mówi, że nie zna i dodaje: „Ale ja jestem z Juta” (śmiech). Generalnie było tak, że szłam z miejsca na miejsce i nikt nie znał Komedy. Oprócz tego, że byłam w miejscu, gdzie jest ta skarpa, gdzie stał jego dom, rozmawiałam z sąsiadami – nikt nie kojarzył Komedy – ten wyjazd był kompletnie niepotrzebny (śmiech). Dla reportera bardzo ważne jest, żeby poczuć ducha danego miejsca.

A jakieś archiwa, papiery?
Niestety nie ma nic. Wszystkich ludzi, którzy pamiętają Komedę z okresu amerykańskiego, spotkałam w Polsce. Oprócz Henryka Grynberga, do którego pojechałam do Waszyngtonu, ale on też bywa w Polsce. Nawet Ryszarda Horowitza, który na co dzień mieszka w Nowym Jorku, spotkałam w Polsce… Ale poczucie atmosfery tego miasta, przejechanie uliczkami, przy których mieszkał Komeda, pójście pod klub Whisky a Go Go, w którym bywał z Polańskim – to mnie wzbogaciło.

Jak wystarałaś się o wypowiedź Polańskiego?
Bardzo chciałam porozmawiać z Polańskim, bo łączyła go olbrzymia przyjaźń z Komedą, ale ten przygotowywał się do kręcenia filmu, kręcił film, a Zbigniew Ziobro próbował go dorwać, więc co przyjechał do Polski to wyjeżdżał. Nieustannie kontaktowałam się z polską asystentką Romana Polańskiego. Nękałam ją tak, że w końcu się polubiłyśmy, ale ona cały czas stała na straży swojego szefa i twierdziła, że nie mam szans się z nim spotkać. W końcu, kiedy już przyszedł czas pisania książki, a Polański nadal nie był odpytany, pomyślałam sobie: „Nie umrę i czytelnik też nie umrze bez Polańskiego. W końcu tyle razy już udzielał wywiadów na temat Komedy, że sobie to skądś zacytuję”. W ostatniej chwili wpadłam na pomysł, że napiszę pytania do Polańskiego, asystentka przeczyta mu je podczas obiadu, on odpowie, ona nagra to na komórkę i mi przyśle. Asystentka stwierdziła, że to jest super pomysł, więc napisałam 21 pytań. Starałam się pytać o nieznane rzeczy albo szczegóły. Dzień po tym, jak wysłałam pytania, pani Małgosia do mnie napisała: „Pani Magdo, pan Roman jest tak zachwycony pani pytaniami, że chce z panią rozmawiać osobiście, telefonicznie”. Mieli zadzwonić między 10:00 a 13:00, więc ja już od 8:00 z nikim nie rozmawiałam. Zadzwonili o 13:10, kiedy już byłam siwa. Rozmowa była bardzo ciekawa. Żałuję, że nie spotkaliśmy się osobiście, bo słychać było, że Polański chciał coś jeszcze mówić, ale rezygnował, bo to były wątki poboczne. Osobista rozmowa jest bezcenna, ale na bezrybiu i rak ryba, więc bardzo się cieszyłam, że z nim rozmawiałam i zadałam takie pytania, których mu wcześniej nie zadano o Komedę.

Poszliśmy w temat Trzcińskiego, ale powiedz, jak napisałaś tę książkę? Z tego co wiem, to nie słuchałaś jazzu od liceum i nie marzyłaś o napisaniu książki o jazzie i Komedzie Trzcińskim…
Słuchałam jazzu od kilku lat, ale się na nim nie znałam. Z resztą, w Polsce jest bardzo mało książek o jazzie. Abo są bardzo dobrze opracowane, ale nie jestem w stanie zrozumieć, co tam jest napisane – łamię się na słowie „alikwoty” i już dalej nie czytam – albo są to książki pisane przez miłośników jazzu, takie nieznośne. Kiedy wydawnictwo zaproponowało mi napisanie książki o Komedzie postanowiłam, że się poznam na jazzie. Czytałam magazyn Jazz, który wychodził od 1956 roku i został scyfryzowany – niebywała lektura. Po kolei uczono tam czym jest jazz i to bardzo mi pomogło. Czytałam też wspomnienia, podróżowałam po Polsce i rozmawiałam z jazzmanami. A ponieważ czytałam, czego ludzie słuchali, wiedziałam też mniej więcej czego słuchał Komeda i sama słuchałam non stop jazzu, teraz już mi to weszło w krew. Był taki moment, że gdyby była „Jaka to melodia?” o Komedzie mogłabym wziąć udział.
 
Źródło: Magazyn Życie Wielkopolski
Zapisz się do newslettera:
Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingu usług i produktów partnerów właściciela serwisów.