Dzisiaj jest: 18.4.2019, imieniny: Apoloniusza, Bogusławy, Gościsławy

Co jedzą Polacy?

Dodano: miesiąc temu Czytane: 24 Autor:

40 proc. mieszkańców Polski deklaruje, że przynajmniej raz w tygodniu kupuje produkt, który określa jako zdrową żywność. NIK alarmuje, że Polak zjada w ciągu roku ponad 2 kg dodatków do żywności.

Co jedzą Polacy?
Rosnące zainteresowanie zdrową żywnością pokazuje, że Polacy chcą dbać o zdrowie. Mają też coraz większą świadomość wpływu nawyków żywieniowych na funkcjonowanie organizmu. Z badania CBOS wynika, że ponad połowa badanych uważa zdrowe odżywianie za podstawę działań na rzecz poprawy stanu zdrowia.

Zdrowa żywność – czyli co?
Produkty zawierające cenne właściwości odżywcze stają się więc coraz bardziej popularne w naszym kraju. – Kiedyś zdrową żywność mogliśmy znaleźć tylko w sklepach zielarskich, pojedynczych sklepach ze zdrową żywnością, dzisiaj wchodzi wszędzie. Biedronka z Lidlem prześcigają się, kto będzie miał lepszą półkę produktów ekologicznych, a to są dopiero początki – mówi Artur Gajewski, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Purella Food, agencji informacyjnej Newseria Biznes. Nie powinien dziwić więc fakt, że 40 proc. mieszkańców Polski, zapytanych w badaniu pn. „Zwyczaje zakupowe i żywieniowe konsumentów”, przeprowadzonym przez agencję MANDS na zlecenie De Heus, odpowiada, że przynajmniej raz w tygodniu kupuje produkt, który określa jako zdrową żywność. Zaś z raportu pt. „Jesteśmy tym co jemy. Zdrowa żywność – zachowania zakupowe 2017”, przygotowanego przez Open Research, wynika, że 67 proc. polskich konsumentów deklaruje, że bardzo często lub raczej często wybiera zdrową żywność.

Pod pojęciem zdrowej żywności respondenci obydwu badań lokują produkty: bez sztucznych dodatków, wzmacniaczy smaku, świeże oraz mało przetworzone, ekologiczne, a nawet produkowane z dala od głównych ciągów komunikacyjnych. - Zdecydowana większość respondentów nie zwraca uwagi na zawartość laktozy (68 proc.) czy glutenu (62 proc.) przy wyborze produktów spożywczych – podają autorzy raportu Open Research. Tylko 10 proc. pytanych przez MANDS nigdy nie kupuje zdrowej żywności.

Problem w tym, że trudno o jednoznaczną definicję zdrowej żywności. – Nie mamy sklasyfikowanego w jednoznaczny sposób, co jest zdrową żywnością, a co nią nie jest. Niejednokrotnie badania, które są prowadzane w kategorii zdrowej żywności, są tak naprawdę przeprowadzane na kategorii produktów certyfikowanych, która jest tylko jednym z aspektów szerszego rynku zdrowej żywności – mówi Artur Gajewski. Według raportu IMAS pt. „Żywność ekologiczna w Polsce 2017” ten segment rynku rozwija się w Polsce z prędkością 10–20 proc. rocznie. Ale do zdrowej żywności trzeba także wliczyć produkty bio i super foods. Pojęcie to obejmuje bowiem produkty bogate w składniki odżywcze, których jakość nie podlega kontroli prawnej. Żywność ekologiczna natomiast musi spełniać wymogi Unii Europejskiej i podlegać certyfikacji.

Bardziej świadomy konsument
Najczęściej Polacy kupują pieczywo, warzywa i owoce – niemal codziennie, dwa-trzy razy w tygodniu wędliny i nabiał, a co najmniej raz w tygodniu mięso, jaja i produkty ekologiczne. Przed zakupem oceniając je po wyglądzie, składzie, zapachu i cenie. Dla osób, które cenią szeroko rozumianą jakość i deklarują zdrowe zakupy, miejsce nabywania produktów  jest uzależnione od kategorii zakupu. I tak, świeże mięso i wędliny kupowane są głównie w sklepie spożywczym ze stoiskiem mięsnym oraz w sklepie specjalistycznym, u rzeźnika. Jajka – od rolnika, ze wsi, z pewnego źródła. Z kolei preferowanym miejscem dokonywania zakupu warzyw i owoców jest warzywniak. Konsumentom blisko jest zatem do idei uporządkowania łańcucha żywności od pola do stołu, transparentnych zasad produkcji czy też pochodzenia produktów. – Popatrzmy na to, jak bogaty jest ten rynek w USA czy w Niemczech, gdzie powstają całe supermarkety ekologiczne. To wszystko jest jeszcze przed Polską – zauważa Artur Gajewski, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Purella Food. Polski rynek zdrowej żywności wciąż znajduje się w fazie rozwoju. Obecnie stanowi on niecałe 0,5 proc. całego rynku spożywczego. W krajach Europy Zachodniej odsetek ten wynosi ponad 2 proc.

Równocześnie w naszym kraju w siłę rośnie rynek superżywności, a więc produktów odznaczających się wyjątkowo wysoką wartością odżywczą. Zalicza się do nich m.in.: suszone śliwki kalifornijskie, jagody acai, truskawki, jarmuż, chlorellę i siemię lniane. Na świecie w latach 2011–2015 rynek superfoods urósł o ponad 200 proc. W Polsce tempo to jest znacznie mniejsze, choć każdego roku na rynku pojawiają się nowi producenci. Ten temat staje się w Polsce bardzo modny. – Wydaje mi się, że mówienie o ziemniaku czy buraku jako o polskim super food z jednej strony jest bardzo popularne, z drugiej nie do końca uzasadnione. Jednak super food to żywność, która ma w swoim składzie bardzo bogatą listę wartości odżywczych, na poziomach dużo wyższych niż produkty konkurencyjne. Jeżeli mówimy np. o zawartości białka w produkcie, mamy je w mleku, ale w produktach super food, takich jak chlorella czy spirulina jest aż 60 proc. Chlorella ma też w sobie dużo chlorofilu – znacznie więcej niż inne produkty roślinne – mówi Artur Gajewski. Dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Purella Food agencji informacyjnej Newseria Biznes wskazuje także, iż polski rynek zdrowej żywności będzie dalej rósł. Wraz z coraz większą świadomością konsumentów.

85 „E” w jeden dzień
Równocześnie z raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że Polak zjada w ciągu roku ponad 2 kg dodatków do żywności oznaczonych różnego rodzaju symbolami „E”, czyli konserwantów, przeciwutleniaczy, emulgatorów czy wzmacniaczy smaku. Substancje te dodaje się po to, aby zapobiec niekorzystnym zmianom smaku, barwy, zapachu, wydłużyć okres trwałości, zwiększyć atrakcyjność wyrobu, umożliwić tworzenie nowych produktów, np. typu „light”, ale także po to, by zwiększyć efektywność procesu produkcyjnego. - Aktualnie dopuszczonych do stosowania w żywności jest ponad 330 dodatków, które w produktach spożywczych  mogą pełnić  27 różnych funkcji technologicznych – mówi Krzysztof Kwiatkowski, prezes NIK. Na stosowanie substancji dodatkowych na tak dużą skalę pozwala prawo polskie i Unii Europejskiej. Niewiele jest produktów, do których nie wolno stosować dodatków. Są to m.in.: żywność nieprzetworzona, miód, masło, mleko pasteryzowane i sterylizowane, naturalna woda mineralna, kawa, herbata liściasta.

Wszystkie substancje dodatkowe, dopuszczone do żywności przed 2009 rokiem, są obecnie ponownie oceniane przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności pod kątem ich bezpieczeństwa dla ludzi. Weryfikacja ma się zakończyć do końca 2020 roku. Z listy tych wcześniej dopuszczonych już usunięto barwnik E 128 – używany do nadawania koloru mięsu. Stosowanie trzech innych: E 104, E 110 i E 124 ograniczono. Odpowiednio: 20-krotnie, 2,5-krotnie i blisko 6-krotnie. Wycofano ponadto dopuszczenie barwników do niektórych produktów, np.: pieczywa cukierniczego i wyrobów ciastkarskich, lodów, czy przekąsek typu snack. Mimo tego, jak dowiodło badanie NIK, w jednym dniu można przyswoić nawet 85 różnych „E”. - W oparciu o dane ze zleconych przez izbę badań zaprojektowano hipotetyczną, ale prawdopodobną, dietę na jeden dzień. Składającą się z pięciu posiłków. W efekcie ustalono, że w przygotowanych z tych produktów daniach konsument spożyłby w ciągu jednego dnia 85 różnych substancji dodatkowych – tłumaczy Krzysztof Kwiatkowski. NIK zaznacza, że w menu zaplanowano, iż zupę i drugie danie konsument przygotowuje samodzielnie w domu. Gdyby skorzystał z kupionych w sklepie gotowych potraw, dodatków spożytych w ciągu dnia mogłoby być znacznie więcej.

Mało optymistyczne wnioski płyną także ze, zleconej przez NIK, kontroli oznakowania produktów spożywczych. - Z 501 powszechnie dostępnych wyrobów jedynie w 54 w składzie zaprezentowanym na etykietach nie było substancji dodatkowych. W pozostałych 447 przypadkach producenci zadeklarowali użycie 132 substancji dodatkowych ponad 2000 razy. Statystycznie więc na każdy produkt przypadało pięć dodatków do żywności – wskazuje Krzysztof Kwiatkowski. To jednak nie wszystko. Trzeba bowiem pamiętać, że w przypadku niektórych produktów liczba dodatków w jednym artykule spożywczym była znacznie wyższa. - Np. jedna z sałatek warzywnych ze śledziem i groszkiem zawierała ich 12. Rekordową liczbę substancji dodatkowych zastosowano w kiełbasie śląskiej. Wyniki analizy pokazały, że było ich tam 19 – dodaje prezes NIK. A w Polsce brakuje jednego organu odpowiedzialnego za nadzór nad rynkiem dodatków do żywności.

Etykieta podstawą zakupów
Najbardziej narażone na przekroczenie akceptowanego dziennego spożycia konserwantów i barwników są dzieci w wieku do 10 lat. To właśnie w ulubionych przez nich: ciastach, aromatyzowanych napojach, lodach, parówkach jest ich najwięcej. - Przyswojenie z dietą kwasu sorbowego i sorbinianów – konserwantów dodawanych głównie do ciast, przetworów warzywnych, pieczywa, aromatyzowanych napojów – znacznie przekraczało limit i w grupie dzieci 4-10 lat wynosiło 291 proc. akceptowanego dziennego spożycia. U 5 proc. dzieci i młodzieży (1-17 lat) pobranie tych dodatków wynosiło aż 681 proc. Tymczasem spożycie z dietą np. azotynów, obecnych m.in. w wędlinach, parówkach, peklowanym mięsie, u najmłodszych dzieci wynosiło ponad 160 proc. dopuszczalnego limitu, a u 5 proc. dzieci w wieku 1-3 lat kształtowało się na poziomie aż 562 proc. – wskazuje Krzysztof Kwiatkowski. Prezes NIK przytacza wyniki monitoringu spożycia i stosowania dodatków do żywności przygotowywanego przez Instytut Żywności i Żywienia.

Spożywanie barwników, konserwantów, przeciwutleniaczy, emulgatorów czy wzmacniaczy smaku może się odbić nie tylko na zdrowiu dzieci, ale i dorosłych. - W zleconej przez NIK ekspertyzie wśród dodatków, które mogą wywoływać alergie wymieniono barwniki spożywcze, szczególnie syntetyczne (m.in. E 123, E 110, E 122) oraz konserwanty z grupy siarczynów. Wskazano również, że niektóre barwniki (E120 koszenila, E124 czerwień koszenilowa i E 129 czerwień Allura) mogą powodować groźny dla życia wstrząs anafilaktyczny – wskazuje Krzysztof Kwiatkowski. Są one używane w wędlinach, napojach, sałatkach. - Jako dodatki o wysokim potencjale pronowotworowym wymieniono konserwanty: kwas benzoesowy (E 210) i jego pochodne oraz azotyny i azotany (E 249, E 250, E 251, E 252) – dodaje. W analizowanych przez NIK 501 produktach żywnościowych azotyn sodu (E 250) występował w składach aż 130 produktów żywnościowych. Wyżej wymienione barwniki wystąpiły łącznie w 53 produktach żywnościowych, a kwas benzoesowy i jego pochodne – w 36.  - W ekspertyzie stwierdzono ponadto, że częste używanie kwasu askorbinowego E 300 może przyczyniać się do powstania nadkwasoty, tworzenia kamieni nerkowych, a w wyniku jego reakcji z benzoesanem sodu E 211 uwalnia się rakotwórczy benzen – wskazuje Krzysztof Kwiatkowski. W przeanalizowanych przez NIK składach żywności kwas askorbinowy E 300 zadeklarowano w 96 produktach. A zarówno producenci żywności, jak i instytucje kontrolujące ich działalność, ale także instytuty naukowe, zgodnie twierdzą, że dodatki do żywności, stosowane zgodnie z obowiązującymi przepisami, nie stanowią zagrożenia dla zdrowia konsumenta.

Ogromnie ważne więc okazuje się czytanie etykiet i świadome eliminowanie z list zakupów tych produktów, które zawierają dużo „E”. Przy obowiązujących wymogach oznakowania wyrobów spożywczych okazuje się to nie takie proste. Po pierwsze dlatego, że część producentów, zamiast oczywistych dla większości konsumentów oznaczeń dodatków w formie „E z numerem”, używa drugiej dozwolonej formy, czyli nazwy substancji i jej funkcji technologicznej np. kwas cytrynowy – regulator kwasowości. - Przy takim oznaczeniu konsumenci mają problemy z identyfikacją, co jest dodatkiem – wskazuje Krzysztof Kwiatkowski. Po drugie, sposób przedstawiania na etykietach składu dodatków nie informuje konsumentów, ani o ilości zastosowanego w danym produkcie dodatku, ani o tym, jakie jest odniesienie zastosowanej ilości do dopuszczalnego jego limitu, ani nawet  do akceptowanego dziennego spożycia danej substancji dodatkowej. - Dostęp do takich informacji, przedstawionych w sposób trafiający do wyobraźni każdego konsumenta, znacznie ułatwiłby dokonywanie świadomych wyborów – wskazuje prezes  NIK. Tym samym znacznie prostsze stałoby się klasyfikowanie zdrowej żywności. 
Źródło: Magazyn Życie Wielkopolski
Zapisz się do newslettera:
Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingu usług i produktów partnerów właściciela serwisów.