Dzisiaj jest: 21.5.2019, imieniny: Jana, Moniki, Wiktora

Niezwykłe wspomnienia doktora Idaszewskiego

Dodano: 2 miesiące temu Czytane: 51 Autor:

Wywiad z JACKIEM KRANZEM, wnukiem dr Leona Idaszewskiego, lekarza znanego w Jarocinie i Śremie. Rozmowa promowała książkę medyka pt. „Wspomnienia wygnańca i więźnia z Jarocina” .

Niezwykłe wspomnienia doktora Idaszewskiego
Dr Leon Idaszewski był jednym z najbardziej szanowanych jarociniaków okresu dwudziestolecia międzywojennego. Leczył mieszkańców miasta, był radnym, działaczem endecji, bliskim znajomym księcia von Radolina, gołębiarzem. W czasie II wojny światowej został wypędzony przez Niemców do Opoczna, a później trafił do obozów koncentracyjnych na Majdanku i w Oświęcimiu. Przeżył, ale kiedy wrócił do Jarocina, znów był prześladowany przez UB.

W czasie wojny pisał wierszem wspomnienia, które nocami zapamiętywał, aby w 1947 r. odtworzyć je z pamięci i spisać dzięki pomocy jarociniaków. Niedawno ukazała się książka „Wspomnienia wygnańca i więźnia z Jarocina” wydana przez Muzeum Regionalne w Jarocinie. Podczas spotkania promocyjnego dyrektor muzeum Sebastian Pluta rozmawiał z Jackiem Kranzem - wnukiem dr. Leona Idaszewskiego, dzięki któremu udało się wydać wspomnienia i bogato je zilustrować.




Panie Jacku, doktor Idaszewski nie był jarocinianinem…
Mój dziadek – Leon Idaszewski – urodził się w 1878 roku w Pyszącej, niedaleko Śremu. Jego ojciec Andrzej kilkanaście lat był nauczycielem w Jarocinie, a później został przeniesiony do szkoły w Pyszącej i właśnie tam urodził mu się syn.

Początek życia Leona Idaszewskiego jest związany ze Śremem. Panie Jacku, na palcu nosi pan wyjątkową pamiątkę po doktorze Idaszewskim. Co to jest?
To sygnet. Na zewnętrznej stronie jest znak o symbolice patriotycznej i litery „WN” – „Wolność Niepodległość”, a na wewnętrznej grawerka: „Leon Idaszewski Śrem 27.3.1898”. Sygnet wiąże się z zainteresowaniem mojego dziadka sprawą niepodległościową. Młodzi ludzie z gimnazjum śremskiego założyli stowarzyszenie patriotyczne im. Tomasza Zana, dla celów zakonspirowania nazwane „Maryja 1897”. Znakiem rozpoznawczym były sygnety. Z dumą dzisiaj noszę ten sygnet, który ma już 120 lat. Jest to dla mnie niezwykle ważna i ogromnie bliska mi pamiątka.

A jak do tego doszło, że pański dziadek został lekarzem?
Dziadek studiował, jak to było wówczas w zwyczaju, na szeregu uczelni niemieckich. Ostatecznie promocję lekarską uzyskał w 1903 roku w Lipsku, a kilka miesięcy później obronił doktorat. Przedtem studiował w Berlinie czy w Moguncji. Chodziło o to, aby studenci pozyskali jak największe spektrum wiedzy, a każda uczelnia dysponowała jakimiś własnymi wartościami edukacyjnymi. Przemieszczanie się w każdym roku powodowało, że studenci zdobywali szeroką, bardziej nowoczesną wiedzę. W 1904 roku dziadek przyjechał do Jarocina, gdzie rozpoczął pracę jako lekarz.

Od momentu kiedy doktor Idaszewski pojawił się w Jarocinie w zbiorach pana i pana rodziny pojawiły się niesamowicie istotne fotografie dokumentujące historię miasta z początków XX wieku. Wśród zdjęć są takie, które przedstawiają budynki, rynek czy ratusz, ale też pałac i jarociński park. Świetnie pokazują jak te miejsca wyglądały w czasach swojej największej świetności. Na zdjęciach bardzo często pojawia się rodzina Radolińskich, Doktor Idaszewski miał bliskie relacje z rodziną księcia?
Dziadek zaglądał do pałacu w celach leczenia rodziny Radolińskich. To był cały rytuał. Książę dzwonił do dziadka i wysyłał po niego powóz, mimo że z ul. Mickiewicza do pałacu było bardzo blisko. Ten zabierał żonę i córki. Panie jeździły po parku albo bawiły się w nim z córkami księcia. Dziadek w tym czasie wykonywał swoje czynności medyczne. Z reguły trwały krótko. Później panowie znikali we wnętrzach pałacu, a, ponieważ oboje byli degustatorami dobrych win i cygar (w końcu należeli do osób majętnych), spędzali tam długi czas. Były to bardzo miłe relacje. Moja ciocia wspominała, że to były radosne chwile jej dzieciństwa, bo park był niedostępny dla  szerokiej publiczności. Poza obsługą nikt nie miał do niego wstępu, a więc taka wycieczka powozem stawała się ogromną atrakcją dla młodych panienek.  

Wspomniał pan, że doktor Idaszewski był majętną postacią. W okresie międzywojennym lekarze należeli do elity Jarocina. To świetnie widać we wspomnieniach, ale też wśród fotografii, które stanowią ilustracje do książki, Pojawiają się na nich takie osoby, jak ks. Niedźwiedziński czy doktor Jachowski.
Dziadek przed wojną należał do ludzi bardzo zamożnych. Jako jeden z pierwszych jarociniaków miał słynnego polskiego fiata. Wiąże się z nim śmieszna historia… Dziadek kupił samochód, wsadził  do niego babcię oraz córki i ruszył na pierwszą wyprawę do lasu. Po kilkuset metrach dziadek wyrżnął w drzewo. Tak się zdenerwował, bo był złośnik nieprzeciętny, że kazał wszystkim wyjść z samochodu. Powiedział, że tego diabelstwa już nigdy w życiu nie uruchomi i nie wsiądzie do niego jako kierowca. Zostawił samochód w lesie i do domu wrócił na piechotę. Babcia, jako bardziej pragmatyczna, zorganizowała chłopaka (nazywał się Franciszek Gronowski), który znał się trochę na mechanice. Naprawił auto i później był kierowcą dziadka. Jego zamożność skończyła się wraz z wybuchem II wojny światowej. Po wojnie w domu bieda aż piszczała. Dziadek, ze względów politycznych, nie mógł dostać pracy.

Doktor Idaszewski był żołnierzem. Brał udział w obydwu wojnach światowych. Pamięta pan, jak wspominał pierwszą?
W latach 1914-15 dziadek był normalnym żołnierzem na froncie wschodnim. W miarę upływu czasu od wybuchu I wojny światowej wzrastała ilość rannych żołnierzy. Niemcy musieli coś z tym zrobić, więc przeprowadzili kwerendę po okopach i powyciągali z nich wszystkich medyków. Wręczyli im mundury oficerskie i ci służyli później jako personel medyczny w lazaretach. Dziadek trafił do Lubania Śląskiego. Był bezpieczny, nie narażał już życia… I wojna światowa dość lekko obeszła się z dziadkiem. II wojna światowa była jedną wielką gehenną i traumą.

Czas II wojny światowej jest powodem dla którego doktor Idaszewski zaczął spisywać swoje wspomnienia?        
Nawet tytuł sugeruje, że książka dotyczy wojny. Czytając ją z łatwością można się zorientować, że to nie jest do końca prawda. Dziadek opisuje w tej książce całe swoje życie. Jestem leśnikiem, a mam kompleks dziadka, bo on w jednej chwili potrafił wymienić tyle gatunków drzew, krzewów, ptaków, że ja tego nie potrafię – mimo że jestem fachowcem. Skąd on to wiedział? Nie wiem. Miał bardzo szeroką wiedzę. Czasami samego mnie szokuje to, co wyczytuję w tych wspomnieniach…

W książce znajduje się indeks nazwisk. Podczas przygotowywania jej do druku musiałem je „powyciągać” z tekstu. Gdy nad tym siedziałem miałem niezwykły szacunek do doktora Idaszewskiego, ponieważ nazwisk w tekście jest dokładnie 1507. To liczba osób, które doktor Idaszewski musiał znać, ale nie tylko z imienia i nazwiska. Musiał wiedzieć o nich coś więcej i to wszystko w tej książce jest… W pewnym momencie zaczyna się historia związana z Opocznem. Jak wynika ze wspomnień, pociąg zatrzymał się na dworu i w tym momencie połączyły się losy jarociniaków i opocznian…
Wysiedlenia w Jarocinie zaczęły się na początku grudnia, ale zanim doszło do transportu ci ludzie byli wyrzucani z domów i gromadzeni w koszmarnych warunkach. Skoszarowano ich w, budującym się dopiero, klasztorze franciszkanów – otwarte pomieszczenia, częściowo zadaszone, z gołymi posadzkami i skandalicznymi warunkami sanitarnymi. Po dwóch dniach przegoniono ich do pociągu. Tam niektóre rodziny się połączyły, bo jarocińska elita aresztowana przez Gestapo, a znajdująca się w obozie w Cerekwicy, została dowieziona na dworzec. Tak, po kilku tygodniach niewidzenia, spotkali się dziadek z babcią.
Wpakowali ich do wagonów. Ten pociąg był pociągiem grozy. Nikt nie wiedział dokąd zawiezie tych, którzy w nim byli. Każdy przedział dostał „starszego” wyznaczonego przez Niemców, który odpowiadał życiem za frekwencję. Właśnie dziadek był takim „starszym”, który poniósłby konsekwencje, gdyby ktoś uciekł. Po dwóch dobach pociąg w końcu się zatrzymał. Długo stał. Ci śmielsi zaczęli się wyłamywać. Stwierdzili, że pociąg stoi na stacji w Opocznie, a po Niemcach nie ma śladu. Wtedy wszyscy wyszli z pociągu i skierowali się do miasta. Spotkali pierwszych opocznian i zaczęło się rozlokowywanie na kwaterach. Tamtejsze społeczeństwo bardzo życzliwie zareagowało na pojawienie się takiej ogromnej liczby przybyszów.
Dziadek podkreślał, że ludność opoczyńska zachowała się bardzo opiekuńczo, a przecież nie miała takiego obowiązku. Robiła to z dobrego serca. Dziadek na początku zaczepił się na prowincji, w Białaczowie, w majątku hrabiny Platerowej, ale później wrócił do Opoczna. Tam przyjął go Stanisław Kowalski, dyrektor gimnazjum. U niego mój dziadek zamieszkał z babcią i córkami. Przy pomocy ludzi ze szpitala opoczyńskiego, a dokładnie Kazimierza Kielskiego, dziadek został wyposażony w środki medyczne i mógł zacząć półlegalną praktykę lekarską. Leczył głównie jarociniaków. Kiedy Niemcy zorientowali się, że to lekarz wykształcony w Niemczech też przychodzili się do niego leczyć. To z resztą stało się powodem aresztowani. Niemcy po prostu zorientowali się, że dziadek nie tylko leczył. Ten jego prymitywny gabinecik służył za coś w rodzaju miejsca kontaktu z, silnym w tamtym rejonie, podziemiem. W końcu – 20 października 1942 roku – dziadek został ponownie aresztowany przez Gestapo.

W zbiorach muzealnych znajduje się pasiak doktora Idaszewskiego. Kiedy patrzymy na wcześniejsze fotografie widzimy korpulentnego mężczyznę, lecz gdy zestawimy je z pasiakiem okazuje się, że w czasie wojny doktor był bardzo szczupły i dość mocno zniszczony. Na podstawie tego pasiaka można się zorientować, jak bardzo wyniszczający dla Leona Idaszewskiego był pobyt na Majdanku a potem w Auschwitz…
Droga od ponownego aresztowania była trudna. Dziadek opisuje ją bardzo konkretnie. Pierwszym miejscem kaźni stał się areszt śledczy Gestapo na tzw. „zapiecku”. Opis umieszczony w książce jest traumatyczny. To naprawdę ciężki kawałek tekstu. Tam zresztą zmarła większość aresztowanych. Z dziadka transportu, w którym było 25 osób, przeżyło czterech więźniów. Resztę Niemcy uśmiercali w trakcie śledztwa. Mordowali ich w bestialski sposób, poprzez metody jakie stosowali w śledztwie. Tych którzy przeżyli przekazano do więzienia tymczasowego w Tomaszowie Mazowieckim. Tam również więźniowie byli przetrzymywani w nieludzkich warunkach. Szczególnie trudnych pod względem sanitarnym -  mnożyły się bakterie, wielu umierało (głownie na tyfus), a cały czas toczyły się śledztwa. Stamtąd prowadzona była deportacja do obozów koncentracyjnych. Dziadek był w grupie, która trafiła do obozu na Majdanku, część do Oświęcimia, do Buchenwaldu… Niemcy mieli swój klucz do rozsyłania tych nieszczęśników.
Dziadek opisuje to bardzo dokładnie. Równocześnie sam apeluje, aby nie zrażać się tymi strasznymi opisami. On chciał, żeby były zawarte w książce. Wiedział, że będą budziły grozę. Na mnie to nadal robi wrażenie, po wielu latach. Inaczej to człowiek odbiera, gdy wie, że te wydarzenia dotyczyły osoby tak bliskiej… Tekst w ogóle jest trudny, bo pisany wierszem. Dziadek tak właśnie uczył się swojej historii. Wiersz powtarzał na blokach w Oświęcimiu w formie rozrywki dla współwięźniów. My możemy dziś czytać. Potrzeba jednak dostosować się do rymów i zwracać uwagę na interpunkcję. Ona jest ważna, by nie czytać od linijki do linijki tylko do miejsca, w którym kończy się zdanie wtrącone czy podrzędne. Inaczej można czasami zgubić wątek. Warto ten wiersz czytać na spokojnie, dać sobie czas na to, aby go przetrawić. Wtedy cała wartość wspomnień pokaże się w pełnej krasie. Ich forma wynika z tego, że dziadek – jak sam o sobie pisze we wstępie – posiadał fenomenalną pamięć i zdolność obserwatorską. Bardzo szeroko opisał to co widział. Fenomenalna pamięć pozwoliła mu zapamiętać to czego nie mógł zapisać. Pierwszą część wspomnień pisał w Opocznie i tam warunki miał względne. Choć i tak w każdej chwili bał się aresztowania. Pierwszą część wspomnień zakopał w ogrodzie prof. Kozłowskiego. Jej na razie nie mamy, ale jest nadzieja.

W 1945 roku doktor Idaszewski wrócił do Jarocina, ale tutaj jego gehenna wcale się nie skończyła. Dla ówczesnej władzy, która po 1945 roku pojawiła się w mieście, nie był postacią godną zaufania. Starał się wrócić do zawodu. Odnaleźć sobie miejsce należne mu w społeczeństwie?
To był chyba najpaskudniejszy okres w życiu dziadka. O ile można zrozumieć te nieprawdopodobne udręczenia zadawane przez faszystów, o tyle ciężko jest przyjąć, że w momencie kiedy przeżył i wrócił do ukochanego Jarocina zaczęła się kolejna udręka. I to taka najbardziej przykra, bo zadawana, jakby, „polską ręką” – jej wykonawcami byli Polacy.
Dziadek cudem przeżył Oświęcim. Miał być rozstrzelany, ale był chory i Niemcy po prostu nie zdążyli go zabić przed ewakuacją. Jak sam pisze, drugi raz uniknął cudem śmierci, która groziła mu ze strony sowieckiej. Jakimś transportem  został przekazany do szpitala Dzieciątka Jezus w Krakowie i tam przez dwa miesiące, z wieloma innymi współwięźniami, doprowadzano go do stanu używalności, aby mógł wrócić w swoje strony. W tym czasie nie miał kontaktu z rodziną. Nie było wiadomo czy żyje. W końcu, dzięki życzliwym ludziom, babci udało się to ustalić. Pojechała po dziadka do Krakowa. Do Jarocina przywiozła go pod koniec marca 1945 roku, w Wielką Sobotę. Święta były bardzo skromne, a we wtorek rano – po dwóch świątecznych dniach – do drzwi załomotało UB i zabrało dziadka do paki. Dramatyzmu tej sytuacji dodaje relacja mojej cioci, czyli córki dziadka, która pisze (cytuję z pamięci): „Weszłam do domu i gdyby nie to, że wiedziałam, że ojciec jest w domu to bym go nie poznała. Zobaczyłam małego, chudego człowieczka, a właściwie żółtą skórę obciągniętą na kościach”. Dziadek wtedy ważył niespełna 40 kg, a jego odporność była znikoma. I w tym stanie go aresztowano.
Tymczasowe więzienie UB znajdowało się na ul. Niepodległości, w gmachu obok poczty. Tam się wydarzył kolejny cud, Ktoś stanął na przystanku i czekał na autobus. Autobus przyjechał i odjechał, a ten ktoś stał nadal. Za chwilę już stało kilka osób. Kolejne autobusy odjeżdżały z przystanku, a na nim osób było coraz więcej. Ubecy obserwowali to zza firanki. Kiedy odjechał ostatni autobus, a na przystanku stał tłum ludzi zorientowali się, że to jest pikieta. Tłum milczał, ale ubecy się wystraszyli i, gdy babcia do nich przyszła, puścili dziadka. Od razu z więzienia poszedł do szpitala. Jeszcze parę dni przed salą siedział milicjant, ale później już na dobre puścili go do domu. I zaczęło się nachodzenie, nękanie, wzywanie na posterunek. Kiedy dziadek już pracował potrafili przyjść nawet do ośrodka zdrowia po jakieś wyjaśnienia czy zatrzymania.
Taka sytuacja trwała do 1948 roku. Wtedy – w marcu albo czerwcu – przyszło pismo z prokuratury wojskowej z Poznania, że śledztwo z art. 86 i art. 87 Kodeksu Karnego Wojska Polskiego zostało umorzone. Zarzuty, które wynikały z tych paragrafów dotyczyły obalenia siłą ustroju państwa, za co groziła kara śmierci. Dlatego też te kilka lat od powrotu dziadka z obozu babcia przeżyła tak traumatycznie. Liczyła się z tym, że to się mogło skończyć źle, a dziadka zabraknąć na dobre.

Książkę pt. „Wspomnienia wygnańca i więźnia z Jarocina” autorstwa Leona Idaszewskiego można zakupić w Muzeum Regionalnym w Jarocinie, w cenie 30 zł.
Źródło: Magazyn Życie Wielkopolski
Zapisz się do newslettera:
Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingu usług i produktów partnerów właściciela serwisów.